(wybaczcie, ten post bedzie szybki, po po tym jak się wczoraj naprodukowaliśmy, padł internet i straciliśmy cały, a teraz czas tak naprawdę ie pakować i w drogę)

Dzisiejszy dzień upłynął nam pod znakiem nieustannego zachwytu. Nie da się inaczej, gdy jedziesz przez kraj, w którym za każdym zakrętem spotykają cię widoki jak z widokówki.
A teraz w telegraficznym skrócie:
Przystanek 1: Alexandroupoli
To tu zatrzymaliśmy się na naszej trasie przy słynnej latarni morskiej Faros, symbolu miasta i jednej z najważniejszych latarni w Grecji. Miasteczko tętniło życiem już z samego rana – pachniało kawą i świeżym chlebem. W oddali – turkus Morza Trackiego (to nie pomyłka, to pólnocna czesc morz egejskiego, pomiedzy Turcją a Grecją), a tuż obok – ludzie w kafejkach, inni spragnieni słośca i opalenizny już dreptają w stronę plaży. Ktoś się uśmiecha, ktoś pomacha. To był dobry poranek.














Przystanek 2: Porto Lagos & klasztor św. Mikołaja (Iera Moni Agiou Nikolaou)
To miejsce jak z bajki. Klasztor zbudowany na maleńkiej wyspie pośrodku jeziora Vistonida, połączony z lądem drewnianym pomostem. Cisza, tylko śpiew ptaków i szum trzciny. I choć to miejsce niewielkie – jego spokój otula jak ciepły koc.
Ciekawostka: Według tradycji, klasztor odwiedzały nawet bizantyjskie rodziny cesarskie. A sama laguna jest siedliskiem ponad 300 gatunków ptaków – raj dla ornitologów! Nam udało się wypatrzeć majestatyczną czaplę, która spokojnie brodziła w wodzie nieopodal nas.






















Przystanek 3: Kavala i akwedukt Kamares
Miasto amfiteatralnie rozciągnięte na zboczu góry Symvolo, z widokiem na błękitne wody Morza Egejskiego. Zanim zaparkowaliśmy motocykle, z daleka powitał nas imponujący rzymski akwedukt Kamares – majstersztyk inżynierii z XVI wieku, ale ale, żeby nie było: tak naprawdę akwedukt powstał jeszcze w czasach cesarstwa rzymskiego, póżniej był już tylko modyfikowany.
Kavala to też miasto o silnych związkach z historią starożytną – niedaleko leży Filippi, miejsce słynnej bitwy z czasów Juliusza Cezara.
Zrobiliśmy tu dłuższą przerwę – bo to jedno z tych miejsc, w których chcesz się zatrzymać „na chwilę”, ale wychodzi… dłużej szczególnie gdy się wdajesz w pogawędki z napotkanymi ludzmi.







A jak sama trasa? Droga, jaką tym razem wybraliśmy, to z małymi wyjątkami grecka autostrada, ale bardzo malownicza.
Krajobrazy zmieniały się jak w kalejdoskopie: raz rozległe równiny z polami słoneczników i oliwek, raz strome wzgórza, a za nimi – zatoki Morza Egejskiego. Mijaliśmy małe kościółki na skałach, wiatraki, tunele wykute w skałach. Czasami widać było rozrzucone klasztory i bielejące na słońcu wioski.
A my – w naszych kaskach – chłonęliśmy każdy widok. Pięknie było. Nie raz widoki zapierały dech w piersiach, niestety zbyt często w miejscach gdzie niebezpiecznie byłoby się zatrzymać by robić zdjęcia. Trzeba było po prostu patrzeć i zapamiętywać.


Saloniki albo Thessaloniki– nasz cel na dziś. Z czym wam się kojarzą, bo nam z czasami gdy jako dzieciaki graliśmy w Monopoly i każdy chciał mieć tam domek a najlepiej dwa. Kompletna carte blanche. Dlatego bardzo ciekawiło nas to miasto.
Krótki przystanek przy Białej Wieży, symbolu miasta, który dawniej był więzieniem, a dziś jest punktem widokowym i muzeum. Potem do hotelu na szybki prysznic i wreszcie wieczorny spacer nadmorską promenadą. Miasto tętniło życiem, młodzież, turyści, zakochani, muzycy grający na żywo, zapachy z tawern… kolorowy miks. Grecja jak z filmu, ale całkiem prawdziwa.
Gorący, piękny dzień. A z każdym kilometrem jesteśmy bliżej naszego celu.























A ten cel jest jasny jak greckie słońce: pomoc dla Michała.
Michał to chłopiec z ogromnym apetytem na życie i głową pełną marzeń o podróżach. Uwielbia odkrywać świat — choć teraz jego świat ograniczył się do szpitalnej sali.
Dajmy mu szansę wyruszyć w drogę. Pomóżcie nam zebrać środki na leczenie:https://www.siepomaga.pl/ratujemy-michasia Niech i on kiedyś poczuje wiatr we włosach i wolność za horyzontem.
A TERAZ TRZYMAJCIE KCIUKI, JEDZIEMY W TOTALNE NIEZNANE PRZED NAMI ALBANIA!