DZIEŃ 2 – śniadanie, wzruszenia, zakręty, granice i perfumy w toalecie

Dziś ruszyliśmy z Bochni, ale zanim to nastąpiło, czekała na nas uczta – dosłowna i emocjonalna.

Śniadanie na ogrodzie, które zaserwowali nam Chris z rodziną – Bogusia (mama), Maciej (brat mamy), Diana (żona) i Lucas (syn) – było nie tylko przepyszne, ale i wzruszające.

Siedzieliśmy, jedliśmy, a Bogusia opowiadała o tym, jak jej mąż wyjechał do USA, gdy ich syn, Chris, miał rok. Ona sama czekała aż 5 lat na wizę, by móc do niego dołączyć, starając się na wszelkie sposoby uzyskać wizę turystyczną.

Niesamowita historia o determinacji, miłości i sile polskich kobiet – prosto z czasów PRL. Długo będziemy ją pamiętać.

A potem – mała wycieczka w towarzystwie Macieja, też zapalonego motocyklisty. Poprowadził nas piękną trasą przez okolice Nowego Sącza, wskazując po drodze Zamek Lubomirskich w Nowym Wiśniczu. Niestety, nie mogliśmy się tam zatrzymać na dłużej, ale dodajemy do naszej listy do zobaczenia, bo warto.

Ciekawostka: to jeden z największych zamków w Małopolsce, zbudowany w stylu manierystyczno-barokowym. W czasie potopu szwedzkiego był przez chwilę główną kwaterą szwedzkiego króla – do dziś wygląda jak z bajki (polecamy!).

Zanim się pożegnaliśmy z cała rodziną, zostawiliśmy nasze ulotki i opowiedzieliśmy o Michale – bo każda rozmowa to szansa, by dołożyć kolejną cegiełkę.

A potem? Góry, zakręty, lasy, widoki… bajka. Kręta droga wśród pagórków doprowadziła nas prosto na Słowację. Robiło się coraz cieplej, więc przystanki były koniecznością, jeden z nich oczywiście trafił się nie byle gdzie, bo…

Salon Harley-Davidson Prešov!

I tu uwaga: jeden z najfajniejszych salonów Harleya, jaki odwiedziliśmy. A było ich ponad 50! i to właśnie ten zaskoczył nas pewną małą drobnostką, o której żaden inny nie pomyślał.

O czym? Zadbali o coś, o czym marzy każdy motocyklista po dłuższej trasie.

Wchodzisz do toalety – a tam: Dezodorant, Perfumy, Krem do rąk, Pasta do zębów! Nie żartujemy. Słowacki spa experience, wersja bikerska. HD Presov – dziewczyny, jesteście świetne! Atmosfera, rozmowa, klimat – aż nie chciało się ruszać dalej. Do tego super kawiarnia i miejscu relaksu.

Słowacja nas zachwyciła – to górzysty kraj z ponad 6000 jaskiń, licznymi zamkami (najwięcej zamków na mieszkańca w Europie!) i naprawdę malowniczymi trasami. Zdecydowanie warta dłuższej eksploracji.

No i granice… prawie niezauważalne. Właśnie – granica ze Słowacją pojawiła się tak szybko, dosłownie wyskakując zza zakrętu, że musieliśmy się lekko cofnąć aby zrobić zdjęcie.

Później granica z Węgrami… znowu prawie przegapiliśmy, ale kto by się spodziewał, leci człowiek autostradą a tu ciach i jest! Kolejny kraj na naszej drodze

Ach, jakże inne te granice niż kiedyś!

Pamiętam, jak w podstawówce, wciśnięta na tylne siedzenie pożyczonego „malucha”, ze strachem patrzyłam na złego pana celnika z byłego DDR, by nie zauważył mamy szpilek na których siedziałam…

A dziś? Myk, myk – i jesteśmy w regionie Tokaj. Tak, tak, niektórym już się kojarzy i dobrze.

Tokaj to mekka dla fanów słodkiego wina, którego sława sięga czasów Ludwika XIV – „Wino Królów, Król Win”, jak mawiał.

Węgierski krajobraz? Pięknie, zielono i… bardzo gorąco. Przystanki na wodopój – konieczne.

Niektóre drogi bardzo przypominają ten odcinek między Rosnówkiem a Walerianowem, wiecie, ten przed remontem.

I ciekawostka, przejeżdzając zauważyliśmy taką oto budkę telefoniczną, jaką pewnie niektórzy pamiętają sprzed wielu, wielu lat z Polski. Stwierdziliśmy, ze fajnie strzelić sobie fotkę, bo to wiecie, taki relikt przeszłości, jakie było nasze zdziwienie gdy okazało się ze jest sygnał!!!!

Anyways,

I tak dotarliśmy do Debreczyna – drugiego największego miasta Węgier, które przez moment było nawet… stolicą kraju! Debreczyn to też centrum protestantyzmu – nazywany bywa „kalwińskim Rzymem”.

Nasz nocleg? Euro Panzió – w bardzo dobrej cenie i lokalizacji, czysto i z przesympatycznymi właścicielami, którym oczywiście zostawiliśmy ulotki, parę gadzetów od NOVOL i opowiedzieliśmy o Michale. Polecona przez nich knajpka? No cóż… objedliśmy się tak, że chwilowo nie możemy się ruszać.

Jutro – Rumunia! Czy uda się opisać wszystko na bieżąco? Trudno powiedzieć – bo w Rumunii wino jest słodkie, ale internet słony.

Ale nie martwcie się – jedziemy dalej! Z sercem, z nadzieją – dla Michała.

Dziękujemy, że jesteście z nami! https://www.siepomaga.pl/ratujemy-michasia

Podajcie dalej, zaproście znajomych, więcej rąk na pokład!

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *