Dzień 3 – czyli Debrecen → Rumunia: konie, krowa, śliwowica i… niedźwiedzie

czyli dzień pełen przygód, zaskoczeń i potu lejącego się litrami.

Ale wstyd, zaczęliśmy z opóźnieniem – ale mamy dobre wytłumaczenie! Euro Panzio w Debrecen to miejsce stworzone do odpoczynku. Właściciele z Ukrainy, cudowni ludzie – rozmowni, gościnni, ciepli – klimat tak sielski, że zaspaliśmy.

A potem jeszcze rozmowy o trasie, o Michale, zostawiliśmy ulotki i dobre słowo dla kolejnych podróżnych – i dopiero ruszyliśmy w drogę. Serdecznie polecamy to miejsce każdemu – nie tylko motocyklistom!

Na granicy z Rumunią w Letavetes Hataratkelo (spróbujcie to wypowiedzieć!) – nikogo. Zero. Niente. Albo jakby powiedział to Marcin Prokop “nicht, nicht”. Jakbyśmy wjeżdżali do magicznej krainy – i trochę tak było, bo Rumunia od razu nas zaskoczyła. Na pierwszej prostej pośród pól słoneczników zaczaił się patrol Policji, ale chyba nie zdążyli wyjechać za nami z tego pola

Później miejscowość Marghita, a tuż przed nią… scenka jak z filmu Davida Lyncha:

jedziemy przez las, kręto, prawie cicho (poza Adriana wydechem) – aż tu nagle zza zakrętu wyłaniają się dwie postawne sylwetki… na koniach. Tak! Dwóch policjantów konno w środku lasu.

Nie zatrzymaliśmy się na zdjęcie i nie możemy odżałować – to zdecydowanie nasze „niezrobione zdjęcie roku”.

Dalej przez Margine, okolice Cluj-Napoca, i w końcu do Sebeș, gdzie mamy nocleg. Po drodze – krajobrazy Transylwanii, które urywają kapcie. Pięknie, górzyście, zielono. Trasa częściowo prowadzi nowo budowaną autostradą przez Transylwanię, która ma realne szanse zostać najpiękniej położoną autostradą Europy. Choć widać, że Rumunia wciąż nadrabia zaległości – ludzie są cudowni, życzliwi, serdeczni, a widoki rekompensują wszelkie braki.

Czasami te widoki wchodzą centralnie na drogę, jak wtedy gdy na dojeździe do naszego pensjonatu trochę się zgubiliśmy, zjechaliśmy na pobocze, a tu centralnie spomiędzy domów wyszła sobie piękna karmelowo-ruda… krowa i ze spokojem przeszła na drugą stronę ulicy, nie zważając na hamujące samochody. Wyglądała na “lokalsa”, który takie eskapady uskutecznia codziennie. Dla nas kolejna lekcja – oczy dookoła głowy.

Pod względem fizycznym – dzień trudny. Temperatura kosmiczna, drogi coraz bardziej techniczne – serpentyny, wzniesienia, zjazdy, tym razem musielismy czesciej zatrzymywac sie zeby sie schłodzić, napić i dać również motocyklom chwilę odpoczynku.

I tu mała dygresja do nie-motocyklistów:

Dlaczego motocykliści przeciskają się do świateł? Naprawdę nie robimy tego złośliwie, nie próbujemy nikomu udowadniać kto jest królem drogi – robimy to, żeby nie ugotować sprzętu i siebie w tym samym czasie. A że przyspieszenie mamy lepsze niż większość samochodów, to napradę wszyscy ruszymy szybciej. Dziekujemy za wyrozumiałość.

A co porabiamy teraz? Wieczorem – jak to wieczorem. Wjechała śliwowica domowej roboty serwowana przez przemiłego właściciela pensjonatu Vila Miorita (i znów – odmówić się nie dało!)

Oczywiście uzbroiliśmy go w ulotki, opowiedzieliśmy historię Michała, i zostawiliśmy gadżety od firmy NOVOL – bo tu zaczyna się słynna Transalpina, więc liczymy, że wieści pójdą dalej

No właśnie… Transalpina.

Jutro wielki sprawdzian naszych umiejętności. Trasa na wysokości ponad 2100 m n.p.m., pełna ostrych zakrętów, wąskich krawędzi i widoków, które mogą rozpraszać.

Wybudowana z rozkazu króla Karola II, używana przez armię w czasie II wojny – dziś jedna z najpiękniejszych i najniebezpieczniejszych dróg w Europie.

I tu czas na ważne info, które dało nam nieco do myślenia:

Właściciel pensjonatu ostrzegł nas bardzo poważnie – tydzień temu na Transalpinie niedźwiedź zabił motocyklistę z Włoch.

Tak, dobrze czytacie. Niedźwiedź. Motocyklista. Śmierć.

W tym regionie żyje bardzo dużo niedźwiedzi, które często schodzą na drogi, szczególnie wczesnym rankiem lub wieczorem. A że często nieodpowiedzialni turyści traktują je jak misiaczki, stają na poboczu, wychodzą na “selfie” i o zgrozo karmią (!) to się niedźwiedzie rozzuchwaliły i często schodzą na drogę. Tu po raz kolejny nawiążemy do Adriana tłumików – mamy wielką nadzieję, że niedźwiedzie nie lubią hałasu. No bo tak rozważając na spokojnie, macie jakiś pomysł co zrobić w sytuacji kiedy jedziecie sobie motocyklem, nie opakowani w karoserię auta, a tu niedźwiedź sobie stoi centralnie na drodze. Co wtedy? Stanąć? Zawrócić? Zaryczeć silnikiem? No różne scenariusze nam chodzą po głowie. Ktoś był w takiej sytuacji i doradzi?

Będziemy ekstremalnie czujni.

A na koniec słówko wyjaśnienia: wiemy, że zdjęć widoków mogłoby być więcej, ale niestety nie zawsze możemy się zatrzymać tam, gdzie oczy i serce krzyczą „ZATRZYMAJ SIĘ, TO CHCĘ POKAZAĆ!”.  Z taką podróżą to już tak jest – wiele zostaje w głowie i w sercu.

Oczywiście kręcimy film i pewnie zimą znajdzie się chwila, żeby to wszystko poskładać i się z Wami podzielić… choć nie ukrywamy – trochę się boimy, że wyjdzie jak z filmem z wesela: dla pary młodej cudowna pamiątka, a reszta cierpi, oglądając 2 godziny „tańców ciotek”.

Ale spokojnie – postaramy się wybrać najlepsze kawałki i nie zamęczać!

Trzymajcie za nas kciuki – jutro jazda, a my kończymy wieczór, jak zwykle, z myślą o Michale. Jeśli chcecie dołożyć swoją cegiełkę do jego leczenia – nawet najmniejszą! – zapraszamy tutaj: https://www.siepomaga.pl/ratujemy-michasia Każda złotówka to krok bliżej do zdrowia. Dziękujemy, że jesteście z nami!

Update: Dzień 3 – wieczór.

Plan był prosty: szybki post, jeden sznapsik, spanko i regeneracja przed wielką Transalpiną. Plan nie wypalił. Totalnie. Bo jak tu iść spać, gdy w Vila Miorita melduje się duet motocyklistów z Węgier – teść i zięć na wspólnej trasie.

Zamiast spać, było… jak to bywa: najpierw wymiana wrażeń z trasy, potem korekta – atak niedźwiedzia jednak nie na Transalpinie, a na Transfogaraskiej = pożyjemy jeden dzień dłużej; aż w końcu: „To co wy właściwie robicie?” – no to opowiadamy o Michale, wyprawie, zbiórce… I wiecie co? Nie tylko słuchali z zainteresowaniem, ale zabrali od nas pakiet ulotek i obiecali szerzyć dalej wieść o The Hope Tour!

I to wszystko – przy akompaniamencie rudego kotka, który przez cały wieczór kręcił się wokół nas, robił słodkie miny i ewidentnie szukał biletu na dalszą podróż. Pewnie miał już plan przejęcia jednego motocykla.

No i teraz powiedzcie bo taka nas wczoraj refleksja naszła – czy my mamy tu nocnych marków wśród obserwatorów? Bo patrzymy i oczom nie wierzymy – wrzucamy post około północy, a tu cyk-cyk-cyk – polubienia, komentarze, wiadomości!

Ludzie, wy też nie śpicie?! Czy wszyscy jedziemy razem na tych motocyklach?!Ale nie narzekamy – to serio daje moc! Bo kiedy zmęczenie siada na ramieniu… to wasze reakcje przypominają nam, po co jedziemy. I dla kogo. Sen? No dobra, nie żartujmy – kiedyś tam się wyśpimy. Ale jeszcze nie dziś!Jedziemy z tą nadzieją dalej!

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *