Hej kochani, kto dzisiaj rano jadł śniadanko? Założymy się, ze nie wszyscy, a kto opuścił drugie śniadanie? Tak? My też. A w sumie to jedliśmy dopiero około 13:00, takie combo – śniadanie, drugie śniadanie i lunch. Ale o tym za chwilę, bo dzisiejszy post będzie o jedzeniu. Kto głodny, zasuwa do lodówki, bo jak wjadą zdjęcia, będzie ciężko.
Zacznijmy jednak od zeszłej nocy – pisaliśmy już Wam wczoraj, że przez przypadek wylądowaliśmy w samym centrum festiwalu Beach, Please! w Costinesti. My niestety nad zabawę przedkładaliśmy krzepiący sen (przynajmniej w teorii), bo rano znów w drogę. No niestety – młodzież, która tłumnie zjeżdża na festiwal, ma swoje priorytety. I tak do bardzo późnych godzin za ścianą trwał mały „biforek”… więc wyspać się nie bardzo dało.
Michał dołożył swoje trzy grosze – po wieczornym hot-dogu na stacji noc przyniosła nam dodatkowe atrakcje. Rano obudziliśmy się niewyspani, nieprzytomni, ale z silnym postanowieniem: wyjeżdżamy jak najszybciej i jemy coś naprawdę pysznego i zdrowego. Nawet jeśli będzie trzeba chwilę poczekać.
Na dokładkę złego – około 9:00 ktoś zaczął się dobijać do drzwi. Co prawda byliśmy już ubrani i niemal spakowani, ale sam pomysł wydał się co najmniej dziwny. Zgadniecie kto to był? Panie sprzątaczki – przyszły przypomnieć, że za godzinę ma nas nie być.
Z ulgą opuściliśmy to miejsce, mijając po drodze tabuny nadciągających imprezowiczów. Droga prowadziła nas dziś niezwykle malowniczo – przez pola żółtych słoneczników ciągnących się aż po horyzont, lasy i zielone wzgórza. W końcu dotarliśmy do granicy – Bułgaria powitała nas świeżą bryzą, która po ostatnich dniach żaru z nieba naprawdę dała odpocząć.






Tuż za granicą chcieliśmy coś zjeść na stacji, ale Michał zauważył wielki szyld z apetycznymi talerzami krewetek – 2M RestoBar – i decyzja zapadła. Miejsce okazało się znacznie bardziej oddalone, niż sądziliśmy, ale po drodze zdążyliśmy jeszcze zahaczyć o latarnię morską w Shabli – najstarszą i najwyższą w Bułgarii. Obok niej można zobaczyć ruiny antycznego miasta Karon Limen – cicha i zapomniana perełka, o której warto wspomnieć.








W końcu dotarliśmy do restauracji – i moi drodzy, nie wiemy jak Wy, ale my zdecydowanie należymy do tych, którzy jedzenie celebrują.
Jak wygląda rzeczywistość kulinarna motocyklisty w drodze? Głównie: stacja – kanapka – stacja – hot-dog – stacja… Ale gdy już nie można patrzeć na suchą bułę, a ostatni hot-dog zemścił się okrutnie, wtedy przychodzi czas na UCZTĘ.
W 2M RestoBar zamówiliśmy każdy coś innego, żeby pogrzebać sobie nawzajem w talerzach. I słuchajcie – to było nie z tej ziemi! Co zamówiliśmy? Wszystkiego po trochu:
Crunch 2M – przystawka z łososia na kremowym serku i szpinakowym krakersie.
Shopska salad – tradycyjna sałatka z pomidorów, ogórka, papryki, cebuli i lokalnego tartego sera.
Batavia – sałata z pomidorkami cherry, tartą marchwią i krewetkami w tempurze w sosie cytrynowym.
Krewetki z patelni i w tempurze z ostrym, słodkim sosem.
Kurczak w sosie ananasowo-teriyaki na dzikim ryżu.
I największe zaskoczenie: ser kozi w cieście filo z migdałami, truflami i miodem.
Zaskoczyło nas to danie najbardziej – proste i genialne! Ania już planuje odtworzyć je w domu. Kto chce przepis – piszcie w komentarzach! I co, kto właśnie wyjada resztki z lodówki?






Pewnie myślicie, że rachunek wyglądał jak numer PESEL połączony z kredytem hipotecznym, ale tu was zaskoczymy – Bułgaria jest naprawdę przystępna cenowo, szczególnie w porównaniu z „paragonami grozy” znad Bałtyku i z Tatr.










Trochę poszaleliśmy kulinarnie – Michał stwierdził, że ta restauracja jest tak dobra, że on tam będzie spał. A musicie wiedzieć, że nasze najmłodsze dziecko długo jadło wyłącznie suchy makaron i suche tosty. Tak, serio! Tymczasem odkrywa, że jedzenie to jedna z największych przyjemności życia.
No ale trzeba było ruszyć dalej. Wykulaliśmy się na zewnątrz i ruszyliśmy w stronę czarnomorskich kurortów. Po drodze – mały przystanek na fotki.




Choć wiele niesamowitych widoków nie udało się uwiecznić – po prostu nie było gdzie się zatrzymać. Wyobraźcie sobie: motocykl wspina się stromą drogą przez bułgarski las, aż nagle zza zakrętu w dole pojawia się lśniąca zatoka Morza Czarnego z białymi plażami i turkusową wodą, jak z pocztówki!
Przejeżdżaliśmy m.in. przez Warnę – największy port Bułgarii, znane miasto wypoczynkowe, pełne parków, zabytków i muzeów, w tym słynne Delfinarium i Muzeum Archeologiczne, gdzie znajdują się najstarsze na świecie przedmioty ze złota – tzw. Skarb z Warny!
Około 18:00 dotarliśmy do miejsca docelowego – Chernomorets. Mała, spokojna miejscowość z piękną plażą i przyjemnym klimatem, choć nie zobaczyliśmy za wiele poza knajpkami i promenadą – zmęczenie wzięło górę. A poza tym, wiało tak mocno, że – jak widać na zdjęciach – niektórym wywiało resztki normalności z głowy.












Wieczór zakończyliśmy w przesympatycznej restauracji z… najszybszą obsługą na świecie. Serio, dania pojawiały się na stole zanim zdążyliśmy się rozsiąść. Powiemy Wam tylko tyle – po takich pysznościach trzeba będzie przystopować z obżarstwem, bo się nie zmieścimy w motocyklowe kombinezony.
W każdym razie i tę restaurację serdeczne polecamy a Konstantin – dziękujemy za podpowiedz co do trasy! Jutro jeszcze kawałek Bułgarii – tej pachnącej ziołami, czosnkiem i morską bryzą krainy. Jeśli nie byliście – jedźcie, zanim wszyscy się dowiedzą, jakie to fajne miejsce!













A my, jeśli motocykle nie zbuntują się, a my po tych wszystkich ucztach zmieścimy się w ciuchy motocyklowe, wieczorem powinniśmy dotoczyć się w okolice Stambułu. Trzymajcie kciuki,
Jak zawsze – przypominamy, że cały ten wyjazd jest częścią akcji The Hope Tour, dla Michała Milczarka, chłopca z neuroblastomą. Pomóc można na wiele sposobów – wystarczy polubić, udostępnić, powiedzieć komuś dalej. A jeśli możecie – dołączcie do zbiórki. Bardzo potrzebnę są fundusze bo leczenie jest konieczne, a koszty gigantyczne!
Link do zbiórki: https://www.siepomaga.pl/ratujemy-michasia