Czyli jak przejechać 35 km w 5h – seria dziwnych zdarzeń
No kochani, to przygody czas zacząć – te prawdziwe i bez lukru. Zacznijmy chronologicznie – schody zostawimy na później…
Pamiętacie naszą przygodę z Vladem z zeszłego wieczoru? Dziś rano, trochę z niepokojem, myśleliśmy o tym, co ewentualnie mogło spotkać nasze motocykle w nocy – tym bardziej, że w tym zaułku było tak ciemno, że nawet transylwańskie nietoperze by się pogubiły.
Pakowanie poszło nam sprawnie – może i przez ten niepokój – ale ponieważ założyliśmy, że tego dnia odwiedzimy salon Harley-Davidson (jedyny w Rumunii!), który w poniedziałki otwiera się dopiero o 12:00 – to specjalnego ciśnienia nie było. Dlatego zaplanowaliśmy małe zwiedzanie Bukaresztu.
Ale po kolei. Schodzimy na dół z bagażami, żeby objuczyć nasze koniki, a tu niespodzianka – motocykle kompletnie zastawione dwoma samochodami. Jeden z nich należał do pewnego Włocha, z którym ucieliśmy sobie pogawędkę wieczór wcześniej. Drugi? Kto wie… Wszędzie pusto, żadnych ludzi, nie ma kogo zapytać. Ale po chwili wyszedł starszy jegomość i oświadczył, że to jego miejsce, więc zaparkował. Wyjaśniliśmy, że wspomniany już Włoch zarzekał się, że tu można parkować – co zresztą potwierdził jeszcze jeden mieszkaniec. Pan powiedział, że nic się nie stało i… przeparkował auto, żebyśmy mogli wyruszyć – szacun!
W międzyczasie z budynku wyszedł również mieszkaniec słonecznej Italii, z którym serdecznie się pożegnaliśmy i strzeliliśmy fotkę – zobaczcie, jaki ma rasowy kapelusz! Jak szeryf na dzielni. Cudny!


A teraz kilka ciekawostek o Bukareszcie:
Miasto nazywane jest czasem „Paryżem Wschodu” – nie bez powodu! W XIX w. zbudowano tu wiele alei i budynków inspirowanych francuską architekturą.
Nazwa miasta wywodzi się najprawdopodobniej od imienia pasterza „Bucura” lub słowa „bucurie” – radość.
W Bukareszcie znajduje się drugi co do wielkości budynek administracyjny na świecie – Pałac Parlamentu (Palatul Parlamentului) – ustępuje tylko Pentagonowi!





Temperatura rosła w zawrotnym tempie, a z nią nasze zmęczenie. Tak naprawdę chcieliśmy zobaczyć najbardziej ikoniczne miejsca Bukaresztu z siodła motocykla, popstrykać kilka zdjęć, a potem zjeść coś w jakiejś kafejce… od biedy nawet na stacji benzynowej.
A propos – rumuńska sieć stacji Rompetrol (logo z żółto-czerwonym kwiatkiem) ma świetnie zaopatrzoną część z kanapkami i przekąskami, więc śniadanie tam jest całkiem ok!
Adrian opracował plan jak objechać miasto, by zobaczyć wszystko, co najważniejsze. Ale – przygoda numer jeden:
Jedziemy w korku, ludzie trąbią, gorąco, ktoś zablokował pas, bo dostarczał kwiaty, tu dziura, tam koleina – i nagle Ania mówi:
— O kurcze, nie mam telefonu!
Początkowa panika – faktycznie, w uchwycie na kierownicy go nie ma. Milion myśli: gdzie? jak? może w kieszeni? wracać? I nagle Michał mówi:
— Mama, patrz! Wisi z boku baku, na kablu do ładowania.
UFF! Kiedy i jak się wypiął, trudno powiedzieć – grunt, że jest!
Na pierwszy plan poszedł Pałac Parlamentu – monumentalny, kolosalny, wręcz przytłaczający. Ma aż 1100 pomieszczeń, 12 kondygnacji i 84 metry wysokości. Zbudowany na polecenie Nicolae Ceaușescu, do dziś budzi kontrowersje. Ciekawostka? To jeden z najbardziej kosztownych budynków w historii! Wygooglajcie go sobie, kawał ciemnej historii.
Potem skierowaliśmy się pod Łuk Triumfalny (Arcul de Triumf) – przepiękną, trzypasmową aleją Kiseleff, przypominającą niektóre paryskie bulwary, pięknie ocienioną starodrzewiem i ukrywającą architektoniczne perełki po obu stronach. Łuk, wybudowany w 1935 roku, to hołd dla zwycięstwa Rumunii w I wojnie światowej.
Ronda i drogi między atrakcjami to istny rollercoaster – przypominały wariactwo znane z ronda de Gaulle’a w Paryżu. Jechało się ciężko, w upale, w korkach – a do tego bez śniadania i kawy. Kolejna nawrotka i… Calea Victoriei – reprezentacyjna Aleja Zwycięstwa. Jedna z najstarszych ulic Bukaresztu (z 1692 roku!) prowadzi przez ścisłe centrum miasta, mijając eleganckie hotele, butiki, muzea i pałace. Aż chce się spacerować… ale nie w 39°C






Zsiedliśmy – a właściwie zwlekliśmy się z motocykli. Cienia brak. Michał po zdjęciu kasku nie wyglądał za dobrze – włosy mokre, czerwony na twarzy… jak to dziecko dało radę i słowem się nie poskarżył. Czerwona kartka dla nas, teraz to my musimy być bardziej uważni.
Zarządziliśmy wodopój! Michał usiadł pod okazałym pomnikiem konnym Karola I – pierwszego króla Rumunii, który rządził krajem od 1866 do 1914 roku i doprowadził do jego modernizacji.
Ania ruszyła na poszukiwania kawiarni. Banki, instytucje… ale w końcu znalazła maleńką kafejkę wciśniętą między monumentalne gmachy. Przemiła obsługa – i w kilka minut dostaliśmy 3 kubki świeżo wyciskanego soku pomarańczowego z lodem. Uratowani!
Rozsądek jednak podpowiadał: czas skrócić plan i ruszyć do salonu Harleya. Temperatury były dramatyczne – 39°C, a nie było jeszcze 12…
Po drodze – już bez zdjęć – obejrzeliśmy jeszcze piękne fragmenty starej części miasta.
Zabytkowa część Bukaresztu naprawdę zapiera dech w piersiach – architektura z XIX i początku XX wieku, neoklasyczne kamienice, urocze pasaże, brukowane ulice…
Oczywiście, są też pozostałości po czasach komunistycznych – betonowe „potworki” – ale mimo wszystko miasto warte jest ponownego odwiedzenia. Dla nas – zdecydowanie tak. Ale może przy 25 stopniach.
To teraz zapowiadane schody…
Był już post o strachu – teraz będzie o tym, czym motocykliści się nie chwalą – czyli o glebach, parkingowych plaskaczach i… zranionej dumie.
A jakie gleby przytrafiają się motocyklistom najczęściej?
Nie te na zakrętach przy 120 km/h (choć i takie się zdarzają), tylko te zupełnie przyziemne:
– przy manewrowaniu na ciasnym parkingu, gdzie miejsca tyle co nic,
– na mokrej kostce, szutrze, piachu, liściach, oleju i całej reszcie atrakcji, których pełno na drogach,
– przy zatrzymaniu się akurat tam, gdzie jest dziura, krawężnik albo spadek terenu,
– albo po prostu… kiedy motocykl waży więcej niż zdrowy rozsądek, a Ty jesteś po 5 godzinach jazdy, w pełnym słońcu, bez kawy, bez śniadania i z głową już na hamaku.
Takie właśnie „plaskacze parkingowe” najczęściej rysują nie motocykl, a dumę.
Ale hej – kto nie leżał, ten nie jeździł!
…teraz nawiążmy do poprzedniego dnia (Dzień 6).
Gleba #1 – wyjazd spod Casa Diana Confort. Podjazd cały w tłuczonym kamieniu, a wieczorna burza rozluźniła podłoże. Najpierw musieliśmy się wzajemnie „popchać”, żeby obrócić motocykle; potem, już po załadowaniu sakw i pomachaniu na do‑widzenia, Ani uciekło koło i… plaskacz numer 1.
Pamiętacie zamek na trasie do Bukaresztu i polski autokar? Zmęczenie + pierwsze odciski mimo rękawic (dłonie pracowały na Transalpinie, Transfogaraskiej, a później jeszcze na klawiaturze). Plac między dwiema zabytkowymi powozowniami wyłożony granitową kostką, wyjazd pod górę – kąt nie ten i… klasyczny parkingowy plaskacz. Publiczność w obu restauracjach obserwowała, jak na ziemi znów wylądowała Ania.
Co zdarza się pojedynczo, co chodzi parami, a co przytrafia się trzy razy?
• Pierwszy pocałunek zdarza się raz
• kłopoty chodzą parami,
• a gleby… no cóż – zawsze czekają w komplecie trzech.
Po zgrabnym opuszczeniu placu pokonaliśmy wąski, stromy odcinek – dalej było tylko z górki. „Luzik arbuzik”… do czasu.
I tu słychać złośliwy chichot losu: “A pamiętacie ten fragment drogi, gdzie było rozgałęzienie i część szła prosto i względnie płasko, a droga do zamku odgałęziała się stromo pod górę pod kątem 180 stopni? No to teraz będziecie go robić raz jeszcze tylko w dół. O, nie pamiętaliście? Upsss….”
W interkomie słychać “O kurde, Ania, skręcaj, tu! Hamuj!” Była już w takim punkcie że jak zahamowała to motocykl owszem wytracił prędkość ale zaczął już się przechylać i niestety jak ponad 350kg leci, to leci. I poleciała pszczółka na prawy boczek a Ania fiknęła nogami do góry. Adrian zatrzymał motocykl i pobiegł do góry żeby podnieść motocykl i pozbierać resztki dumy z ziemi wraz z właścicielką. Niestety pochyłość drogi była taka, że nie było opcji.
I tu niemiłe zdziwienie. W Polsce jeszcze się nie zdarzyło żeby ludzie nie rzucili się sami z siebie pomagać i zbierać ofiarę z ziemi; w Niemczech i Francji mieliśmy podobne doświadczenia. Tu minęły nas 2 samochody, 2 pary spacerowiczów, owszem popatrzyli ale dopiero jak wyraźnie zawołaliśmy, podeszli pomóc. Trochę dziwne.
Limit gleb mamy nadzieję wyczerpaliśmy (Adrianowi też przydarzył się plaskacz po nawrotce na żwirze).
Wracamy do chronologii: dojeżdżamy do Harley‑Davidson Bucharest. Duży, fajny salon. Oczywiście zakup poker chips – dla niewtajemniczonych: to małe kolekcjonerskie żetony z logo dealera i nazwą miasta, które harleyowcy zbierają jak znaczki.





Podeszliśmy do serwisu z prośbą o sprawdzenie Ani motocykla. Już na Transfogaraskiej sygnalizowała ze cos jest nie tak z hamulcami, a wiadomo, choć złośliwcy twierdza ze żaden Harley nie hamuje, a inni im odpowiadają ze nie musi, to jednak bezpieczeństwo to podstawa. No i niestety Panie i Panowie: pompa hamulca przedniego podziękowała za współpracę. Część zamówiona, ale my mamy przymusowy przystanek na jeszcze jeden dzień. Na szczęście jak wszyscy rasowi podróżnicy mamy zawsze zakładkę w budżecie na nieprzewidziane wypadki.
A ponieważ wyznajemy zasadę, że “every cloud has a silver lining” lub jak w Monty Pythonie “always look on the bright side of life” więc cieszymy się chwilą i najpierw celebrowaliśmy pierwszy posiłek tego dnia około godz 17 w fantastycznej Weiss Beer Garden a pózniej po odprowadzeniu Michała do apartamentu, mamy tu swoją randkę, no tak w sumie z wami też.















Jak zawsze – przypominamy, po co to wszystko. Jedziemy, by pomóc Michałowi, który od 7 lat walczy z neuroblastomą. Każdy lajk, udostępnienie i wpłata przesuwają licznik zbiórki.
Link do zbiórki https://www.siepomaga.pl/ratujemy-michasia
PS: Kto z Was będzie w Grecji w najbliższych tygodniach? Może wspólnie popytamy o lek dla Michała! Dajcie znać w komentarzach.