Dziś ruszyliśmy dość sprawnie z Avrigu w drogę do Bukaresztu, pożegnaliśmy kolejnego „biker‑friendly” gospodarza (ulotki + gadżety NOVOL zostawione) ale zanim wystartowaliśmy, mieliśmy dylemat: wracamy na Transfogaraską, by raz jeszcze poczuć ten dreszcz emocji, czy skręcamy w nieznane – przez Făgăraș, Rupea, Viscri, Brașov aż po Sinais i zamek Peleș?




Wygrała opcja nr 2
Widoki widokami, ale… ile razy można spotkać niedźwiedzia? Serio, może lepiej nie kusić losu.
Postanowiliśmy odwiedzić takie miejsca jak:
Făgăraș Fortress – potężna twierdza z fosą i imponującymi murami. Warownia jak z filmu – mogłaby spokojnie zagrać główną rolę w „Grze o Tron”. Fosa, wieżyczki, most zwodzony… no czego chcieć więcej? Tuż obok znajduje się okazały kościół, do którego nie weszliśmy, bo trwała niedzielna msza










Rupea Fortress – średniowieczna perła na wzgórzu, widoczna z daleka. Malownicza, wielopoziomowa, z widokiem zapierającym dech. Pojawiła się nagle zza zakrętu – nie mogliśmy jej pominąć. Gdy relaksowaliśmy się, pijąc chłodne napoje, dziedzińcem przechodziło trzech gentlemanów. Jeden z nich, na nasze “hello”, skomplementował motocykl Ani.





A Ania, jak to Ania, słysząc perfekcyjny angielski, wciągnęła go w rozmowę.
Pan ma na imię Charlie i jest z Anglii – jak nam powiedział, od 15 lat zwiedza Rumunię. Drugi z panów to Rumun o imieniu Mihai, a trzeciego… no cóż, imienia nie zapamiętaliśmy, ale wszystkich serdecznie pozdrawiamy! Zobaczycie ich na zdjęciu – oczywiście nie wypuściliśmy ich bez opowieści o Michale i naszej misji a w dalszą trasę ruszyli wyposażeni w nasze ulotki.



Viscri Village (UNESCO World Heritage Site) – jedno z najpiękniejszych saskich miasteczek w Rumunii, z białą zabudową, brukowanymi uliczkami i bajkowym klimatem.
Słyszeliśmy, że odwiedził je sam Karol III (jeszcze zanim został królem), więc skoro jemu się spodobało… Niestety, udało nam się tylko zrobić zdjęcie z daleka – do wioski trzeba było dojść pieszo, a nie mogliśmy zostawić naszych wypakowanych po brzegi motocykli bez nadzoru. A nikt z nas nie rwał się do tego, by zostać na parkingu bez grama cienia i pilnować dobytku
Brașov – jedno z najpiękniejszych miast Rumunii. Otoczone górami, pełne kolorowych kamienic, uroczych uliczek i kafejek, w których można przepaść bez końca.
Oczarowało nas od pierwszego wejrzenia – mimo że był środek dnia i ponad 30°C.
Zobaczyliśmy:
– Council Square (Piața Sfatului) – serce miasta z fontanną i kamieniczkami,
– Black Church – gotycka duma Transylwanii,
– Rope Street (Strada Sforii) – jedna z najwęższych ulic w Europie
Zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę w małej knajpce – czas na reset i doładowanie baterii





Bușteni / Azuga – górskie kurorty z widokiem na Krzyż Caraiman.
Dojazd zajął nam sporo czasu – kręte drogi, korki – ale chwała rumuńskim kierowcom! Dzięki ich uprzejmości udało nam się prześlizgnąć środkiem i nie zagotować.
Pstryk – szybkie zdjęcie i lecimy dalej.
Sinaia – Peleș Castle
– malownicze miejsce, ale trudno dostępne: kręta, wąska i stroma droga, tłumy turystów przelewające się z prawa na lewo… Jeszcze zanim wjechaliśmy pod zamek, oboje skomentowaliśmy: “Hej, tu jest jakby luksusowo!”
Faktycznie – eleganckie hotele, restauracje i kawiarenki po obu stronach ulicy jak z kurortu w Szwajcarii. Ale było też zabawnie – korek, otwarte szybki w kaskach, a nas uderza… zapach perfum paradujących kobiet. No cóż – zdecydowanie luksusowo. Szczególnie dla trzech spoconych motocyklistów, gotujących się kolejny raz w pełnym rynsztunku.
Wjechaliśmy pod dawną powozownię zmordowani, marząc tylko o czymś zimnym do picia
Zdejmujemy kaski, a z ławki ktoś mówi po polsku: “Oj, państwo przyjechali za późno, tylko do 17 wpuszczają…” No i oczywiście – kolejny 40-osobowy autobus ruszył dalej z naszymi ulotkami.







Zmęczenie dawało się już mocno we znaki – od 9:00 w trasie, była prawie 18:00, a przed nami jeszcze dwie godziny jazdy do Bukaresztu w upale i ruchu. Trasa piękna, ale wymagająca: kręte drogi przez wsie, lasy, górki i pagórki – a na każdej z nich czyhały dziury, piach i nierówności
Uwaga musiała być 100%.
Najbardziej oberwało się Ani – zmęczenie i walka z ciężarem zapakowanego motocykla zrobiły swoje. Ale o tym… w innym poście.
A teraz scenka końcowa:
Jak nie wkładać palców między drzwi, nie drażnić rekina i nie atakować motocyklisty po całym dniu jazdy. Co łączy te trzy rzeczy? Przekonał się o tym pan, którego ochrzciliśmy mianem Vlad Boli…upa
Otóż, czasami ma się niebywałe szczęście bookując noclegi z dnia na dzień. Czasami jest interesująco, tak jak w zeszłym roku, kiedy to podczas motocyklowej wyprawy przez przypadek wynajęliśmy gniazdko Kupidyna i o zgrozo pojawiliśmy się w nim z dzieckiem. A czasami bywa nieprzyjemnie, i człowiek chce tylko dotrwać do rana i zapomnieć, że się tam w ogóle znalazł. I niestety dziś jest ta ostatnia opcja.
Zabukowaliśmy nocleg w centrum Bukaresztu, bo chcieliśmy coś niecoś jeszcze zobaczyć, wyjść do ludzi. Ale to ludzie, a właściwie jeden “ludź” wyszedł do nas i kropla się przelała.
Przyjechaliśmy o 20:30 i zgodnie z instrukcją bookingu pojawiliśmy się pod bramą wjazdową, ale nie była to brama wjazdowa na pojedynczą posesję, tylko zbiorowisko domów w różnym stanie “zadbania”. Podjechaliśmy pod bramę, zgasiliśmy silniki. Brama zamknięta, więc my do instrukcji na bookingu: ok, otworzyć, wjechać, zaparkować za niebieskim śmietnikiem. Jakieś 200 m od ulicy do budynku, w którym znajdował się nasz wynajęty apartament.
Bramę otworzyliśmy, Adrian wolno wjechał do środka, Ania wjechała za nim, Michał szedł już pieszo, bo byliśmy tak wykończeni, spoceni i wymiętoleni, że manewrowanie ciężkim motocyklem z dzieckiem za plecami na śliskiej kostce brukowej to już było za dużo. Ania ledwo co wjechała i słyszy jakieś krzyki za sobą. Zgasiła silnik, odwraca się, a tam nasz przedstawiony już wcześniej Vlad. Trzeba przyznać że niezły był w te klocki bo przekrzyczał silnik, ale że darł się po rumuńsku, więc Ania zapytała po angielsku w czym problem. A jegomość na to, tocząc pianę, że “problem to wy, cisza ma być!”. No i poleciała jeszcze sterta soczyście brzmiących wyrażeń, okraszona latającymi rękami. No i w tym momencie Ani skończył się loncik…
I tu pozostawimy resztę w domyśle, a cudownemu panu profesorowi, dr. hab. Marcinowi Krygierowi przesyłamy serdeczne pozdrowienia i ciepło wspominamy pierwszy semestr wykładów na Wydziale Anglistyki UAM pt. “Swearing”. It came handy!
Krzykacz szybko się ulotnił. Mamy tylko nadzieje, że do rana nikt nie ruszy motocykli i będziemy mogli ruszyć dalej.



Na koniec – jak zawsze przypominamy, że nasza podróż ma swój wyjątkowy cel: wspieramy Michała – 15-letniego wojownika, który od 7 lat walczy z neuroblastomą.
Michał walczy, my jedziemy, Wy wspieracie – taki zespół to skarb.
Jeśli jeszcze nie polubiliście naszej strony na facebooku Oaks’n’Wheels – to idealny moment. A jeśli polubiliście… to udostępnijcie, opowiedzcie znajomym i trzymajcie kciuki, żebyśmy kolejnego dnia trafili na milszego sąsiada niż Vlad…