Dzień 5 – czas na Transfogaraską!

Motto dnia: Nie chodzi o to, żeby się nie bać – chodzi o to, żeby mimo strachu jechać dalej.

I najlepiej z widokiem na przepaść po lewej, skałę po prawej i niedźwiedzia w lusterku.

Z rana wyjechaliśmy z Albeștii de Argeș, całkiem sprawnie nam poszło pakowanie, a po pożegnaniu z kolejnym pensjonatem (często odwiedzanym przez motocyklistów), jak zwykle zostawiliśmy ulotki i gadżety od NOVOL – i w drogę!

Plan dnia? Niezbyt długie dystanse, ale za to technicznie wymagająca trasa.

Wjechaliśmy na Transfogaraską od południa – i od pierwszych kilometrów zapierało dech w piersiach: przepaście, urwiska, skalne ściany, mosty, serpentyny, a potem ogromna zapora i jezioro jak z bajki. Wszędzie też pojawiały się gigantyczne tablice z napisem „Nie karmić niedźwiedzi!” – no cóż… czasem mamy wrażenie, że niektórym trzeba byłoby dopisać: „Nie podchodzić do selfie”.

Pewnie niektórzy się zastanawiają która z tych 2 tras: Transfogaraska czy Transalpina skradła nasze serca?

Obie słynne wśród motocyklistów, obie piękne – i trudne do porównania. Zdania w naszym teamie są podzielone.

Michał: “Transfogaraska – bardziej ekscytująca, wyżej położona, ale też więcej ludzi.”

Adrian: “Transalpina miała fajniejszy flow, ale Transfogaraska ma momenty, które trudno zapomnieć bo robią tak potężne wrażenie.”

Ania: “Bałam się obu po równo. Ale Transalpina była moją pierwszą trudną trasą i dała mi ogrom radości – więc może dlatego bliższa sercu.”

A skoro już o strachu…

Każdy z nas ma jakieś swoje potwory pod łóżkiem. Boimy się o pracę, zdrowie, dzieci, o wszystko, co może zburzyć naszą codzienność i poczucie bezpieczeństwa.

Zdarzało się, że Ania słyszała: „A Pani to się nie boi na tym motorze?”

Tak sobie myślimy, że nie boi się tylko człowiek bez wyobraźni, wszystkim pozostałym od czasu do czasu włączają się takie ciemne “filmy”. Każdy ma swój własny poziom tolerancji strachu i swój własny sposób na życie. W naszym odczuciu nie można tylko siedzieć na kanapie i cieszyć się złudnym bezpieczeństwem. My chcemy czuć że żyjemy, aż do kości, tak, że gdy skończy się ten film, będziemy mogli sobie powiedzieć, ale było fajnie!

A teraz będzie przede wszystkim do kobiet, ale może i do niektórych mężczyzn.

Ania: czasami zaglądam na kobiece grupy motocyklowe i bardzo często zdarza się, że dziewczyny po nieudanym egzaminie, albo nawet po kilku lekcjach które nie poszły tak jak miały, zaczynają wątpić we własne siły. Myślą, może to że bardzo chcą jeździć to za mało, może się nie nadają.

Słuchajcie, chciałam jeździć odkąd skończyłam 15 lat, jakoś nie wyszło, zaczęłam kurs na kategorie A wczesnym marcem 2024r, wcześniej przez jeden sezon odpychałam się Honda Shadow 125 – bo z taką pojemnością moglam jeździć z prawem jazdy kategorii B. Zapisałam sie do renomowanej szkoły, ale przez 22h przeżywałam porażkę za porażką. Kilka gleb, których nigdy wcześniej na swoim motocyklu nie zaliczyłam, i skończyłam kurs w totalnym zwątpieniu – naprawdę większość zadań egzaminacyjnych z tzw. placu mi nie wychodziła, a “ósemki” nie zrobiłam wcale. Gdyby nie koleżanka, która poleciła mi Bartka z OSK KERB pewnie do tej pory odpychałabym się 125-tką. Ale stał się cud.

I teraz właśnie wrócę do tematu strachu.

Bartek na dzień dobry zaprosił mnie na swoim placu do zrobienia tej przeklętej ósemki. Mój komentarz, że w liniach się na pewno nie zmieszczę chyba że pojadę przez Winogrady (dzielnica Poznania) sprawił ze zmienił taktykę. Zapytał, czy usiądę za nim a on ten manewr zrobi za mnie. Przestaliśmy kręcić te ósemki dopiero jak przestałam mu się drzeć do interkomu przy każdym przechyle. A potem kazał mi wsiąść i zrobić to samo. I wiecie co? Zrobiłam. Jak to możliwe? Oswoił mój strach.

Egzamin zdałam za pierwszym podejściem. Trzy tygodnie później – trasa po Europie.

Dziś? Transalpina i Transfogaraska w plecaku wspomnień. Bartek, dziękuję – to dzięki Tobie i twojemu genialnemu podejściu jestem tu dziś.

I kochani tego właśnie chciałabym wszystkim życzyć: nie żebyście nie czuli strachu, tylko żebyście go oswoili, pokonali i czerpani z tego satysfakcje, taka jak ja, przejeżdżając gładko te 2 trasy.

A wracając do dzisiejszego dnia – pewnie czekacie na informacje o niedźwiedziach?

Owszem były! I to aż dwa w pewnej odległości od siebie.

Przy obu zatrzymały się auta, żeby zrobić zdjęcia. My – chociaż pierwszy miś wyglądał na lekko znudzonego, a drugiego zauważył tylko Michał bo zasłaniały go auta – z respektem odjechaliśmy.

Nie mamy fotek, może kamera któregoś uchwyciła. Kto ciekawy, jak wygląda niedźwiedź brunatny – zapraszamy do zoo albo Google’a; nam życie smakuje wybornie.

Koniec dnia celebrowaliśmy fantastycznym obiadem. Po kilku dniach kanapek z supermarketu i pizzy, dziś zrobiliśmy coś dla naszych kubków smakowych. Przeurocza właścicielka Casa Diana Confort poleciła nam restaurację niedaleko pensjonatu – i… WOW!

Przepiękny ogród, cudny wystrój, a jedzenie – niebo w gębie. Serdecznie polecamy: Pensiunea Ghiocelul – Avrigul.

Pogoda? Idealna. Rześko, nie za gorąco. A po 18:00, kiedy już dotarliśmy do pokoju – zaczęło padać. Czasem to wszystko po prostu gra jak w filmie. Dlatego teraz wraz z właścicielami siedzimy sobie na zadaszonym tarasie, mieszając różne języki, prowadzimy konwersacje na 4 ręce.

I muszę wam powiedzieć coś jeszcze – zobaczcie na ostatnie zdjęcie. Historia Michała tak poruszyła Corinę, właścicielkę, że postanowiła dorzucić się do zbiórki Michała. Zazwyczaj mocno nalegamy aby wpłaty kierowane były bezpośrednio z kodu QR, nie odbieramy od nikogo gotówki, ale Corina niestety nie ma karty, za to ma wielkie serce, więc dała nam gotówkę a my w tej chwili wpłacamy równowartość tej kwoty na konto zbiórki podając jako nadawcę “Corina” Casa Diana.

Bardzo nas ten gest wzruszył, bo pomyślcie sobie, przyjeżdzają do was obcy ludzie na pokoje, coś tam opowiadają o jakiejś zbiórce w obcym kraju, dla obcej osoby, może tak jest, a może nie, a wy otwieracie portfel i wręczacie 200 zł, niczego nie oczekując w zamian.

Dlatego z czystym sumieniem i nie jako rewanż, bardzo polecamy samo miejsce Casa Diana Confort : fantastyczna atmosfera, komfortowe warunki, duży ogród i wszelkie wygody jakich pragnie zmęczony turysta.

A na koniec jak zawsze – pamiętajcie, że to wszystko ma cel, jedziemy razem dla Michała. Dla chłopaka, który kocha podróże, ale zamiast tego od 7 lat walczy o zdrowie.

Każda udostępniona historia, każda rozmowa, każde kliknięcie „lubię to” naprawdę ma znaczenie.

Kochani i dbajcie aby złotóweczki cały czas wpływały na konto Michała!

Im nas więcej, tym dalej pojedziemy – nie tylko fizycznie, ale i z nadzieją.

Dzięki, że jesteście z nami!

Do zobaczenia jutro – przed nami kolejne kilometry nadziei. Cel: Bukareszt.

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *