Czyli… jeden z naszych najkrótszych postów, bo:
po pierwsze – dzisiaj naprawdę niewiele się działo (co za ulga)
po drugie – internet mamy taki, że modlimy się, by ten post w ogóle się opublikował.
Dziś opowiemy Wam o dwóch rzeczach, które potrafią zaskoczyć – o życzliwości, która grzeje serducho i o wietrze, który… robi dokładnie odwrotnie. Ale po kolei!
Po pierwsze wstając rano jeszcze nie wiedzieliśmy czy uda nam się wyjechać z Bukaresztu, wszystko zależało od tego czy zamówiona wczoraj część – pompa hamulca przedniego, zdąży dojść na tyle wcześnie, że uda nam się wyjechać. A nawet jeśli, jak daleko przy szalejącym upale uda nam się pojechać. Dużo niewiadomych jak na jeden dzień, ale postanowiliśmy, ze co będzie to będzie.
O 10 przyszła wiadomość ze część dotarła i motocykl będzie można odebrać o 15. Fantastycznie! Apartament musieliśmy opuścić do 11, a ponieważ żar lał się z nieba od bardzo wczesnych godzin, zwiedzanie miasta odpuściliśmy.
Wybaczcie, dziś nie będzie fascynujących widoczków, no chyba że za takie uznacie nasze pozy na fotach strzelone w lobby apartamentowca, bo upał już nam palił styki, a ubrani byliśmy tak komicznie, że stwierdziliśmy, ze zrobimy sobie sesje pod tytułem “urban jungle”. No jak, będzie angaż do jakiejś reklamy? Z chęcią przekażemy profity na konto Michała.


Tak wiec dzisiaj zabierzemy was na wycieczkę do… Bukaresztańskiego centrum handlowego!!!! Cieszycie się? Ale zanim tam trafiliśmy, czekała nas wycieczka Uberem z naszego apartamentu – do salonu Harleya (zostawić bagaże)- i dalej do oddalonego rzut beretem centrum handlowego.
Kierowca – Alex Mihai, przemiły, dobrze mówił po angielsku, więc tradycyjnie już z naszej strony opowieści o trasie i celu naszej podróży, a później pogawędki historyczno – polityczne. Ciekawie zobaczyć świat nie tylko z perspektywy własnego nosa. Pierwsze cudne gesty – kurs zamówiliśmy od apartamentu do Harleya, do centrum zawiózł nas z dobrego serce mówiąc, ze pieniądze to nie wszystko, mimo to, my odwdzięczyliśmy się napiwkiem.




W taką pogodę tylko klimatyzacja mogła nas uratować.
A Bukareszt naprawdę ma się czym pochwalić – centrum handlowe jak połączenie Posnanii ze Starym Browarem. Ci z was którzy lubią shopping naprawdę byliby zadowoleni; od najlepszych światowych marek, po te dostępne dla każdego. Olbrzymi wybór restauracji, więc chlopaki pognali do Taco Bell (w końcu to Taco Tuesday!), a Ania na chińszczyznę, więc każdy znalazł coś dla siebie


I nagle telefon: „Motocykl gotowy!” Szybko podziękowaliśmy klimatyzacji i kolejnym Uberem wróciliśmy do salonu. Tam – CHWILA PRAWDZIWEJ MAGII.
Bogdan, który prowadzi salon Harley-Davidson Bucuresti, nie tylko załatwił wszystko błyskawicznie, ale razem z mechanikami: Danielem i jego kolegą (wybacz, imienia nie zapamiętaliśmy), stanęli na głowie, żeby umożliwić naszą dalszą, bezpieczną podróż. A kiedy przyszło do płacenia, Bogdan powiedział tylko:
„Nie jesteście nam nic winni. Niech to będzie nasz wkład w pomoc dla chłopca.” Wyobrażacie sobie?!
Kochani, myśleliśmy, że się rozpłaczemy.
Całej ekipie z Harley-Davidson Bucuresti – dziękujemy z głębi serca! Jesteście niesamowici! Obiecujemy – odwiedźcie nas w Polsce, a my ugościmy Was po królewsku!


Ruszyliśmy z Bukaresztu, w upale, w korkach, spragnieni, zmęczeni. Po około 20 minutach zatrzymujemy się na stacji, tankujemy. Oczywiście jak sie okazało, ze damska obsługa stacji poruszona jest naszym przyjazdem, zaraz wjechały ulotki, ale czas nas gonił, więc pożegnaliśmy się, wsiedliśmy na motocykle i… nigdzie nie pojechaliśmy.
Ania odpala motocykl – i nic. Zero prądu. Cisza. Tylko kontrolki coś tam próbują świecić. Kolejna próba odpalenia. Klapa. Zero prądu, silnik niemy. Coś nam to wyglądało na rozładowany akumulator, lub co gorsza…. Flashback do zeszłorocznej Szwajcarii i awarii regulatora napięcia. Znamy tę historię i jej finansowo bolesne konsekwencje.




Daleko nie ujechaliśmy, telefon do salonu Harley-Davidson Bucuresti Wiemy ze Bogdan spieszył się do dentysty wiec pewnie go nie będzie, ale udaje sie dodzwonić i jeden z mechaników, Daniel, rusza na ratunek. Nie może wyjechać bo kończy motocykl klienta, ale mówi ze sie pospieszy. Ania ucina komara w kącie stacji na krześle. Daniel przyjeżdża szybciej niż by się mogło wydawać. Wyposażony w narzędzia i nowy akumulator przystępuje do diagnozy.
I co, czyj to dziś szczęśliwy dzień? Okazuje się, że to tylko poluzowane kable. W sumie, banał 5 minut roboty. Ale Daniel stracił sporo czasu na dojazd, chcemy mu zapłacić, odmawia. Słuchajcie, to się normalnie nie dzieje, tyle życzliwości dawno nas nie spotkało!!! Daniel – jesteś aniołem w roboczym kombinezonie. DZIĘKUJEMY!
Droga do Costinești bez szału widokowego, ale… W I A T R.
Motocyklista w teorii lubi wiatr. Ale nie ten, który łapie cię za szmaty, szarpie tobą jak pies ulubionym pluszakiem i sprawia, że każda prosta droga zamienia się w walkę o życie.
Serio – wiatr to taki kolega, co niby pomaga się ochłodzić, ale najczęściej po prostu chce cię zdmuchnąć z siodła. No niestety ma się to, co droga da. Dziś dała wiatr.
O 20:40 meldujemy się w Costinești nad Morzem Czarnym.
Zmęczeni. Ale szczęśliwi. A teraz hit: JUŻ JUTRO RUSZA FESTIWAL!
„Beach, Please!” – czterodniowy festiwal muzyki trap, rap, house i techno, jeden z największych w tej części Europy. Codziennie od południa do późnej nocy – będzie się działo! Ale może… troszkę… damy radę się wyspać?

Jutro ruszamy do Bułgarii – dziękujemy Rumunio, byłaś piękna, surowa i gościnna. Ale przede wszystkim – DZIĘKUJEMY WAM, LUDZIE!
Jeszcze tu wrócimy! I jak zawsze – pamiętajcie, dlaczego to robimy. Dla Michała. Dla jego zdrowia. Dla jego przyszłości. Nie ma wpłaty za małej, nie ma udostępnienia niepotrzebnego – każda Wasza reakcja to krok bliżej celu!
Link do zbiórki dla Michała https://www.siepomaga.pl/ratujemy-michasia