The Forward Tour dzień 5:

08.07.24 Singen – Rheinfall – Cressier

Nieplanowana Szwajcaria, wielka woda i jeszcze większe emocje

Kolejny dzień przygód czas zacząć. Wyspani, po śniadaniu i z głowami pełnymi planów (a raczej ich braku), ruszyliśmy w drogę ku nieplanowanym wcześniej drogom Szwajcarii. Ekscytacja sięgała zenitu… i całe szczęście, że tuż przed samą granicą przyszło nagłe olśnienie:

TELEFONY. STOP. HALT. WYŁĄCZYĆ WSZYSTKO. 📵

Kto choć raz zapomniał o roamingu w Szwajcarii, ten wie, że rachunek telefoniczny potrafi kosztować tyle, co… dobrze utrzymana nerka na czarnym rynku 😅
Opatrzność czuwała – zdążyliśmy dosłownie w ostatniej chwili, bo zasięg już zaczynał znikać. Zatrzymaliśmy się na uroczym kempingu, gdzie dzięki uprzejmości obsługi udało się ściągnąć mapy offline. Oświeżeni (technicznie i mentalnie) ruszyliśmy dalej.

Szwajcarska sielanka na dwóch kołach

Droga prowadziła przez krajobrazy jak z pocztówki:
🌻 pola słoneczników ciągnące się po horyzont,
🏡 miasteczka wyglądające jak pudełka z domkami dla lalek,
⛰️ łagodne wzgórza, idealnie przystrzyżone łąki i domy, które wyglądały tak, jakby ktoś je wystylizował do sesji zdjęciowej.

To była ta Szwajcaria – spokojna, poukładana, wręcz nierealna. Motocykl sam się prowadził, a my tylko chłonęliśmy widoki.

Rheinfall – tam, gdzie Ren pokazuje swoją siłę

W końcu dotarliśmy do Rheinfall, największego wodospadu Europy pod względem przepływu wody. Ciekawostka?
💧 Szerokość ok. 150 metrów
💧 Wysokość 23 metry
💧 Latem przepływa tu nawet 600 m³ wody na sekundę

Dojechaliśmy od strony skalistej, tej mniej oczywistej. Z samego szczytu wzgórza patrzyliśmy na spienione nurty Renu, które z hukiem rozbijały się o skały, tworząc mgłę wodną i nieustanny, hipnotyzujący szum.
To nie był widok – to było doświadczenie. Ren nie płynie. Ren ryczy, kipi, oddycha.

teksty…

Schodząc kamiennymi schodami w dół, przeżyliśmy mały szok.
Nasz syn – zazwyczaj ultraostrożny, unikający wszystkiego, co w jego definicji nosi znamiona „potencjalnie niebezpieczne” – spojrzał na łodzie podpływające niemal pod sam wodospad i spokojnie oznajmił:
– „Ja bym popłynął.”

Zbieraliśmy szczęki z ziemi bardzo ostrożnie, żeby nie zapeszyć.
Skoro młody chce – idziemy w to.Kupiliśmy bilety i ruszyliśmy w rejs.
Spieniona woda, wiatr, huk wodospadu, krople uderzające w twarz, adrenalina i śmiech. Im bliżej kaskady, tym głośniej, mocniej i bardziej… mokro.
Było intensywnie. Było pięknie. Było absolutnie warto.
I aż szkoda było po godzinie wracać na ląd.

Szwajcarski obiad, czyli… szybko i drogo

Była pora obiadowa.
Ceny – jak to w Szwajcarii – zawrotne.
Postanowiliśmy więc pójść w fast food, co i tak oznaczało cenę całkiem porządnego obiadu w innym kraju Europy. No trudno – jeść trzeba, a doświadczenia też mają swoją cenę 😉

Droga do Cressier – znów sielsko, znów pięknie

Temperatury rosły, więc ruszyliśmy dalej. Droga znów prowadziła przez sielskie krajobrazy, ciche wioski, winnice i serpentyny, które wyglądały jak zaprojektowane specjalnie dla motocyklistów.
Takie trasy sprawiają, że zapomina się o zmęczeniu, czasie i planach. Niespodzianki, były, owszem, gdy zatrzymaliśmy się na chwilkę by napić się wody i rozprostować nogi pod jakimś warsztatem a wkrótce naszym oczom ukazało się to:

Późnym wieczorem dotarliśmy do Cressier.

Cressier – zamek, noc i cisza

Kolejna niespodzianka: hotelik, który zabookowaliśmy, mieścił się na tyłach zamku. Budynek stary, klimatyczny, z duszą i historią zapisaną w kamieniach.
Padaliśmy z nóg, ale i tak nie mogliśmy sobie odmówić krótkiego spaceru nocnymi uliczkami.

Tylko Michał skapitulował i poszedł spać.
My jeszcze chwilę chłonęliśmy ciszę, chłód kamienia, historię miejsca i to cudowne uczucie, że najlepsze momenty często dzieją się wtedy, gdy robisz coś zupełnie nie według planu.

Dobranoc, Szwajcario.
Jutro znów ruszamy dalej. 🌙🏍️

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *