The Forward Tour dzień 6:

09.07.2024 – Cressier – Neuchatel – Aesch (Basel) – Neuchatel

Czyli co się dzieje, gdy przestaje być idealnie

To będzie wpis, którego nie chcecie przegapić.
Bo łatwo jest pisać, gdy asfalt gładki jak stół bilardowy, widoki jak z folderu turystycznego, temperatura idealna, a motocykle chodzą jak złoto.
Ale często pytacie nas:
👉 „A co, jeśli coś pójdzie nie tak?”

No więc… TEN WPIS JEST WŁAŚNIE O TYM.
Ale po kolei.


Poranek idealny (jeszcze)

Dzień zaczął się pięknie.
Śniadanie – świeże pieczywo, lokalne sery, konfitury. Taki poranek, po którym człowiek myśli: „No, dziś to już nic złego się nie wydarzy”.

Potem spacer historycznymi uliczkami Cressier.
To niewielka miejscowość w kantonie Neuchâtel, znana m.in. z:

  • ruin średniowiecznego zamku,
  • tradycji winiarskich (okolica słynie z białych win),
  • spokojnej, wręcz sennej atmosfery, która sprawia, że czas zwalnia.

Idealne miejsce na „ostatni szwajcarski poranek”, bo plan był prosty:
➡️ dziś opuszczamy Szwajcarię i nocujemy już we Francji.

Szwajcarska sielanka… do czasu

Wskakujemy na siodła.
Jest gorąco już od rana, a Adrian zaplanował trasę małymi, malowniczymi drogami – tak wąskimi, że mijanie się z innym pojazdem wymagałoby wcześniejszego porozumienia dyplomatycznego.

Po chwili wyjeżdżamy na główną drogę w Neuchâtel, biegnącą wzdłuż jeziora. Widoki piękne, asfalt perfekcyjny…
I wtedy sielanka się kończy.

Po kilkuset metrach Road King Adriana zaczyna tracić moc i gasnąć.
Na kolejnym mini rondzie (a w Szwajcarii rond jest więcej niż skrzyżowań) już wiemy: dalej nie jedziemy.

Motocykl ląduje przy szerokim wjeździe do podziemnego garażu – na szczęście w cieniu, bo żar leje się z nieba.


OK. I co teraz?

Dajemy maszynom chwilę ostygnąć. Miny mamy nietęgie, bo:
1️⃣ nie mamy roamingu – telefony martwe, internetu brak
2️⃣ ubezpieczenie nie obejmuje Szwajcarii, bo… miało nas tu nie być
3️⃣ stoimy lekko nielegalnie, licząc, że legendarna szwajcarska miłość do przepisów nie sprowadzi nam policji

Próba odpalenia?
Kontrolki zamigotały i… tyle.

Decyzja: dzielimy siły.
Adrian i Michał idą szukać kawiarni – liczą na zimne napoje, Wi-Fi i kontakt z Harleyem.
Ania zostaje z motocyklami i zapasem wody, z nadzieją, że przejedzie jakiś motocyklowy anioł stróż.


Anielska interwencja

Po czasie chłopaki wracają z wieściami:

  • kawiarnia była,
  • Wi-Fi było,
  • Harley blisko – ale wakacje, jeden mechanik, nie przyjadą.

I wtedy wydarza się coś pięknego.
Kelnerka, która przysłuchiwała się rozmowie, mówi:

„Mój szef jeździ motocyklem. Ma świetnego mechanika.”

Telefon do szefa.
Telefon do mechanika.
Adres zapisany.

„Ktoś do was podjedzie.”

I faktycznie – podjeżdża.
Przemiły pan, torba narzędzi, miernik napięcia.
Diagnoza wstępna: akumulator padł, ale trzeba sprawdzić dokładniej – w warsztacie.

Ducati, furgonetka i cud logistyczny. Wraca… małą furgonetką.
Bardzo małą.
Patrzymy na Road Kinga i myślimy: „Nie ma opcji”. Ale mechanik – właściciel salonu Ducati – jest pewny: „Jak zdejmiecie szybę, wejdzie.”

I wszedł.
Prawie wypełniając całą pakę.
Wszedł też mechanik, który przez całą drogę stał wygięty jak paragraf, trzymając motocykl. Albo motocykl trzymał jego – trudno powiedzieć. Wszyscy cali docieramy do salonu Ducati w Neuchâtel.


Diagnoza, stres i decyzja

Diagnoza:
❌ regulator napięcia
❌ akumulator

Problem?
Najbliższa część jest… w Bazylei.

Plan awaryjny:

  • Ania i Michał idą po jedzenie,
  • Adrian bierze motocykl Ani i pędzi do Bazylei.

17:00.
Salon do 18:00.
130 km.
Brak winiety.
Autostrady.

Pocałunek na szczęście i… jazda.

Dwa równoległe światy

Ania i Michał
Salon Ducati przechodzi samego siebie:

  • klimatyzacja,
  • wygodna kanapa,
  • napoje, słodycze,
  • wentylator z biura.

Michał (11 lat) wyciąga książkę i… czyta na głos. Całą.
I naprawdę – kto czyta, żyje tysiącem żyć. Nawet gdy utknął na kilka godzin.

Adrian
Gaz w podłodze, modlitwy do wszystkich świętych motocyklowych.
Telefon do salonu HD w Bazylei:

„Nie zdążę.”
„Czekamy.”

Dojeżdża.
Cola. Batony.
Część – jest.
Szwajcarska cena – też jest.
Kanapka na stacji i powrót.

Finał dnia
Do Neuchâtel wraca po 20:00.
Salon Ducati czekał. Zamówili pizzę. Czekali razem z nami.
Problem z noclegiem?
Festiwal w mieście.
Najtańszy hotel: 500 franków.
Znów pomagają – dzwonią, szukają.
Znajdują hotel za połowę ceny.
Padamy ze zmęczenia.
Przy piwie trzeba jeszcze przeliczyć budżet i zastanowić się, co dalej z trasą – bo Szwajcaria piękna, ale potrafi boleśnie ugryźć po kieszeni.
Jedno wiemy na pewno:
👉 to właśnie takie dni zapamiętuje się najmocniej.

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *