Po nocy w naprawdę komfortowych warunkach przyszło nam się zderzyć z rzeczywistością… Po kolejnych deszczach w całym naszym bagażu nie było nic naprawdę suchego, ale wszystko – jakby to delikatnie ująć – było lekko przesiąknięte klimatem. I wierzcie nam, gdybyśmy wczoraj nie rozwiesili tego wszystkiego na czym popadnie, to dziś czulibyście nas z daleka. Problem? Dziś trzeba było to wszystko poskładać i – jak w grze w Tetris – upchnąć z powrotem. Efekt? Obsuwa. Ale cóż… bywa!
W końcu opuściliśmy nasz „ulubiony” Parking Saint-Denis (ostatni raz go wspominamy, słowo!) – miejsce, które za jedno stanowisko dla dwóch motocykli potrafi skasować tyle, co za dwa auta. Do tej pory nie możemy w to uwierzyć.
Zapakowani, ruszyliśmy w stronę salonu Harley-Davidson Liège. Niestety zdjęcie frontu wyszło marnie – salon mieści się tuż przy ulicy, nie ma jak się cofnąć, by objąć go całego.

Michał tradycyjnie ruszył po żetony i planował zacząć zagadywać obsługę… tylko, że nikogo nie było! Na parterze – pusto, na piętrze – pusto. Może ktoś im powiedział, że nadciągamy i postanowili się schować?! Na szczęście dwóch panów w strefie wypoczynkowej przerwało naszą partyzancką ekspedycję – okazało się, że jednym z nich był Alain, członek Liège Chapter Belgium. Już mieliśmy opowiadać o trasie, zbiórce i misji, ale Alain… wszystko wiedział! Widział nasze wcześniejsze posty na Facebooku!



Chwilę później pojawiła się przemiła pani z obsługi – i też została wtajemniczona. Atmosfera była naprawdę ciepła i serdeczna – dziękujemy Wam za to!
Czas jednak gonił – to przecież dzień 30 i zgodnie z planem… powinniśmy być już prawie w domu. Ale jak tu wracać, skoro z każdym kilometrem czuje się coraz bardziej u siebie? Sprawdziliśmy radar pogodowy i… eureka! TAM nie pada! Gdzie? No, w Holandii. Czy mieliśmy tam jechać? Nie. Ale TAM jest salon Harleya. I TAM nie pada. Argumenty nie do odparcia.
Tym sposobem – niespodziewanie – trafiliśmy do Holandii, do salonu Dutch Hills Harley-Davidson. I to był strzał w dziesiątkę! Nie tylko nie padało, ale obsługa była fantastyczna – serdeczna, otwarta, z poczuciem humoru i wielkimi sercami. Opowiadaliśmy sobie historie z drogi, Michał zachwycony, a Ania… no cóż, zrobiła to, co kobiety podobno kochają – kupiła sobie nową torebkę. A właściwie torbę-giganta na bagażnik. Bo poprzednia już ledwo dyszy. Przemiły pan z obsługi doradził, dorzucił rabat – no nie dało się nie wziąć.





Ten salon ma jeszcze jedną perełkę – restaurację Harley Lunchbox. Bagietki, kurczak, frytki – Michał dostał jeszcze lody i nie mogliśmy wyjść bardziej zadowoleni. Dutch Hills – dziękujemy z całego serca. Jesteście cudowni!



Pogoda nadal nam sprzyjała, ale nie chcieliśmy jej prowokować, więc ruszyliśmy w stronę Niemiec. I tak, trochę zrządzeniem losu, trafiliśmy do miejsca kultowego w świecie motocyklistów – Thunderbike Harley-Davidson w Hamminkeln.

Ci, co znają – już wiedzą. A Ci, którzy nie znają… niech spojrzą na zdjęcia. To miejsce to magia: ogromny salon, profesjonalna obsługa i motocykle, które wyglądają jak dzieła sztuki. Customy, czyli niepowtarzalne, robione jako pojedyncze egzemplarze, motocykle Thunderbike są znane na całym świecie i widać dlaczego.











Opowiadaliśmy o naszej trasie, o Michale – reakcje były wzruszające. obsługująca nas pani wręczyła nam prezent dla Michała (zrobiliśmy zdjęcie, i nie do wiary, dokładnie w tym momencie padła bateria w telefonie i sie nie zapisało!!! ), który już niedługo przekażemy osobiście. DZIĘKUJEMY Thunderbike Harley-Davidson – za Wasze serca i wsparcie!













Na koniec – pyszny posiłek w Thunderbike Roadhouse– miejscu, które łączy amerykański klimat z europejską jakością. I znowu: pełni, szczęśliwi, wdzięczni – ruszamy w dalszą drogę.










Przed nami już tylko niemieckie autostrady – dziękujemy za dobry asfalt i brak limitu prędkości. Może uda się jeszcze nadrobić czas i… już jutro dojechać do domu.





Ale pamiętajcie – ta podróż to coś więcej niż kilometry.
Jedziemy dla Michała Milczarka – chłopca z Komornik, który walczy z nowotworem. Terapia, którą przechodzi, daje już pierwsze efekty – i to dodaje nam skrzydeł. Ale leczenie jest bardzo drogie. Dlatego The Hope Tour to nie tylko wyprawa – to misja. Każde spotkanie, każda rozmowa, każda relacja – to cegiełka do tej zbiórki. Pomóżcie, jeśli możecie:
https://www.siepomaga.pl/ratujemy-michasia
Dziękujemy, że jesteście z nami. Do zobaczenia na ostatniej prostej!
Przepraszamy za chwilowe milczenie, ale… praliśmy, suszyliśmy, wietrzyliśmy i ogarnialiśmy ekwipunek, jednocześnie nadrabiając zaległości z naszymi dwoma starszymi córkami, dowiadując się, co słychać w pracy i czy nasz dom nadal stoi, czy pies nas pamięta i czy rybki nie wyrosły z akwarium.
Ale już jesteśmy i… tu nasz serial powoli się kończy.