Dzień 29: Amiens (Francja) – Liège (Belgia)

Niektóre wyjazdy są trudniejsze niż inne, a niektóre pożegnania bardziej wzruszające. I tak właśnie było tym razem. Joel ma w sobie coś z opiekuna – roztacza nad człowiekiem parasol spokoju i bezpieczeństwa, który koi i ogrzewa jak ciepła kołderka dla zziębniętego wędrowca. Po dniach jazdy w deszczu wczorajszy dzień był jak plaster na duszę. Dlatego tak ciężko było opuścić jego gościnne progi.

Prognoza sprawdzona, trasa w nawigacji – ostatnie zdjęcia, uściski i ruszamy. Pierwszy przystanek: salon Harley-Davidson w Amiens. Byliśmy tu już rok temu i podobnie jak w Annecy, także tutaj załoga salonu z Maxime na czele zrobiła na nas ogromne wrażenie. To nie tylko sklep z motocyklami, to miejsce, które tętni duchem braterstwa i wspólnoty. Tworzą go ludzie, którzy kochają to, co robią – otwarci, serdeczni, pomocni. Maxime’a tym razem nie było, ale i tak atmosfera była znakomita. Przywieźliśmy im symboliczny prezent z Polski, bo takie miejsca zostają w sercu.

Zwiedzać Amiens tym razem nie planowaliśmy – Joel zadbał o to rok temu, pokazując nam choć ułamek uroku tego miasta. A z pogodą nie warto było igrać. Po drodze szybki, ale bardzo zasłużony przystanek w sklepie z zabawkami – nasz najmłodszy podróżnik, Michał, wykazuje się niesamowitą cierpliwością, pasją i wytrwałością. Mała niespodzianka była zdecydowanie na miejscu!

I w końcu – Belgia! Granica to niepozorna, niebieska tablica, którą prawie przeoczyliśmy. Ale oto jesteśmy. Salon Harley-Davidson w Mons akurat był zamknięty na popołudniową sjestę, więc ruszyliśmy szukać miejsca na posiłek. Pierwsza restauracja zamknięta – miała… przerwę na lunch. Z perspektywy Polaka – zabawna ironia losu. Na szczęście kilka metrów dalej była kolejna – z zadaszonym miejscem parkingowym i stolikami na zewnątrz. Idealnie!

I wtedy pojawił się gość w koszuli Harley-Davidson – i zaczęła się historia. Terry, członek MONS Chapter Hainaut Belgium, którego poznaliśmy rok temu w Mons, miał się z nami spotkać na lunch. Ale czas nie zagrał. Zadzwonił więc do Petite Jean – hospitality officer klubu, czyli człowieka od witania, opieki nad gośćmi i budowania mostów między klubami. Jean czekał na nas w salonie, ale nas nie było – więc wyskoczył coś zjeść. I tak… spotkaliśmy się w tej samej burgerowni!

Najedzeni i w świetnych nastrojach pojechaliśmy razem do salonu. Nasza pierwsza wizyta w tym miejscu i od razu przywitał nas kultowy model WL. W środku więcej pięknych motocykli, rozmowy o The Hope Tour, wspólne zdjęcia i niespodzianka od szefa salonu. I znów – ruszamy dalej. Ale oczywiście pogoda musiała przypomnieć o sobie. W fluorescencyjnych „kondomach” wyjechaliśmy spod salonu, zbaczając jeszcze na chwilkę z trasy żeby pożegnać się jeszcze z Terrym, który specjalnie dla nas wyskoczył z pracy. Krótka piątka i… lunęło na dobre.

Mimo wszystko – dalej w drogę! Kolejny przystanek: salon Harley-Davidson w Namur. Bardzo fajny klimat, szczególnie rozbawiło nas zdjęcie harleyowca ze spaghetti – trzeba mieć do siebie dystans! Spotkaliśmy też członka innego klubu motocyklowego, który właśnie wrócił ze zlotu w Polsce. Rozmowy, uśmiechy, ulotki – nasza energia i wiara w powodzenie zbiórki nie słabnie, choć materiałów promocyjnych coraz mniej!

I tak – w strugach deszczu – docieramy do belgijskiego Liège. Miasto znane z przemysłowego charakteru, ale również z bogatej historii i urokliwych zaułków. Znajdziecie tu m.in. monumentalną Katedrę św. Pawła, wzgórze Bueren z imponującymi schodami (373 stopnie!) czy słynny Pałac Książąt-Biskupów. Ciekawostka: to właśnie tu urodził się Adolphe Sax – wynalazca saksofonu!

Dekujemy się w wynajętym apartamencie – dwupoziomowym, nowoczesnym, w samym centrum. Naprawdę robi wrażenie. Suszymy przemoknięte ciuchy, ładujemy baterie i szykujemy się na kolejny dzień. A zdjęcia z apartamentu – sami oceńcie!

Na koniec jeszcze jedna NIEPOLECAJKA – Zgodnie z instrukcją hotelu, do którego przynależy nasz apartament, parkujemy na Parking Saint-Denis w centrum Liège. No i niestety – nie będziemy polecać, a wręcz przeciwnie – motocykliści raczej powinni rozejrzeć się za innym miejscem.

Z reguły, we wszystkich miejscach, w których zdarzyło nam się zatrzymywać, jest tak, że motocykle parkują po dwa na jednym standardowym miejscu parkingowym i zazwyczaj płacą niższą stawkę niż samochód – przeważnie jest to połowa ceny.

No to teraz wyobraźcie sobie nasze niedowierzanie, gdy pracownik wskazał nam miejsce – zaparkowaliśmy oczywiście na jednym miejscu postojowym – skasował nas raz za to miejsce (stawka jak za samochód), a następnie zażądał drugiej takiej samej opłaty za drugi motocykl. Czyli, żeby było jasne: zajmowaliśmy jedno miejsce postojowe, a kazano nam zapłacić za dwa. Dlaczego? BO TAKIE MAJĄ ZASADY!!!

Wyobrażacie to sobie?! I tym sposobem za parking zapłaciliśmy 33 euro! Zdecydowanie odradzamy korzystanie – wszystko rozumiemy, ale to już lekka przesada!

Kochani, to już prawie koniec tej wyprawy… Możecie w to uwierzyć?

Ale najważniejsze – to nie o nas tu chodzi. Jedziemy dla Michała Milczarka – młodego chłopca, który walczy z rakiem i potrzebuje naszej pomocy. The Hope Tour to wyprawa, której celem jest nagłośnienie zbiórki na leczenie Michała. Każdy kilometr, każda rozmowa, każde zdjęcie – wszystko po to, by zebrać potrzebne środki. Jeśli możecie – wesprzyjcie zbiórkę:

https://www.siepomaga.pl/ratujemy-michasia

Każda złotówka to krok bliżej do zdrowia. Dziękujemy, że jesteście z nami!

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *