Dzień 28: Amiens i wybrzeża Normandii – morze północne i gościnność większa niż kredowe klify.

Jak opisać dzisiejszy dzień? Działo się tyle, że naprawdę trudno będzie wybrać te najlepsze zdjęcia, bo każde opowiada osobną historię. Ale zacznijmy od początku – gdzie jesteśmy i dlaczego właśnie tutaj?

Jesteśmy w okolicach Amiens, miasta, które całkowicie nas oczarowało już podczas zeszłorocznej wyprawy. Leży nad rzeką Sommą, słynie z największej gotyckiej katedry we Francji (tak, większej niż Notre-Dame w Paryżu!) – monumentalnej Cathédrale Notre-Dame d’Amiens, wpisanej na listę UNESCO. Ale to nie wszystko: są tu romantyczne kanały dzielnicy Saint-Leu, zwane “małą Wenecją północy”, są słynne hortillonnages – pływające ogrody na wyspach porośniętych warzywami i kwiatami. I jest tu historia – dramatyczna i głęboko ludzka, bo Amiens było ważnym punktem podczas obu wojen światowych. A mimo to… tchnie spokojem, zielenią i przyjaznym uśmiechem. I właśnie tu wracamy – nie tylko dla zabytków, ale przede wszystkim dla pewnego człowieka. Czas na małą retrospekcję

Rok temu, gdy nasza trasa prowadziła przez Europę aż do Hiszpanii, postanowiliśmy odwiedzić północną Francję w drodze powrotnej. Tradycyjnie, zahaczyliśmy o salon Harley-Davidson w Amiens – i tam spotkało nas coś, czego się kompletnie nie spodziewaliśmy. Pracownicy i klienci byli tak cudownie uprzejmi i otwarci, że aż podejrzewaliśmy jakąś ukrytą kamerę.

Ponieważ był już wieczór, a rozmowy kleiły się znakomicie, zapytaliśmy o jakiś hotel w okolicy. Wtedy jeden z klientów, Joel, z uśmiechem – częściowo na migi, częściowo przez Google Translate – oświadczył, że wolnych hoteli w całym mieście nie ma, więc musimy spać u niego. Myśleliśmy, że coś źle przetłumaczyliśmy, ale nie – Joel, z czystej dobroci serca, zaprosił do siebie, trójkę zupełnie obcych motocyklistów. Mało tego – razem ze swoją byłą żoną (!) zabrali nas na fantastyczną kolację. Tak zaczęła się przyjaźń, która trwa do dziś.

Dlatego teraz, planując trasę, nie mogliśmy pominąć Amiens i gościnnego domu Joela. Wczoraj wieczorem on i jego syn Nicholas wyjechali nam na spotkanie, i wspólnie ruszyliśmy do jego domu, gdzie czekała cała rodzina: była żona Nattalie, córka Milena, synowa Dorothy, oraz najmłodsze pokolenie: wnuk Adan. Kolacja, śmiech, francuskie sery, desery i rozmowy do późna – to był wieczór z kategorii tych, które zostają z nami na zawsze.

A dziś? Dziś znów zabrakło nam słów.

Po pysznym śniadaniu (z bagietką, bien sûr), ruszyliśmy na północ – nie na motocyklach, ale samochodem (i po wczorajszym deszczowym maratonie to była cudowna odmiana!). Naszym celem było wybrzeże Normandii i najwyższe kredowe klify Europy!

Pierwszy przystanek: miasteczko Eu – tak, to jego pełna nazwa! I mimo że krótka, to historia długa. W Eu znajduje się przepiękny zamek Château d’Eu, rezydencja królów Francji i miejsce, gdzie Ludwik Filip gościł królową Wiktorię!

Obok – majestatyczny kościół Collégiale Notre-Dame et Saint-Laurent O’Toole, który łączy styl gotycki i romański. A kim był ten tajemniczy święty z irlandzkim nazwiskiem? Laurent O’Toole był arcybiskupem Dublina, który w XII w. brał udział w synodach i pojednaniach między Irlandią a Anglią. Zmarł właśnie tutaj, w Eu, podczas pielgrzymki do Rzymu.

Potem ruszyliśmy dalej – na klify! Najpierw wzdłuż wybrzeża niedaleko Eu, potem do Le Tréport. I cóż możemy powiedzieć… Te klify trzeba zobaczyć na własne oczy – białe ściany spadające prosto do turkusowej toni, nad nimi mewy i niebo bez końca. Wiatr rozczochruje myśli, a serce…? Serce zostaje gdzieś tam, między wodą a kredą.

Joel – nasz niezrównany gospodarz i lokalny przewodnik – zaprosił nas na lunch w Resto de la Plage, a potem? Oczywiście: dla Michała obowiązkowa kąpiel w Morzu Północnym! Orzeźwiająca, rześka, pełna śmiechu i krzyków – i nawet jeśli woda była lodowata, to emocje były gorące!

Później przeszliśmy się jeszcze po Le Tréport i sąsiednim Mers-les-Bains, gdzie wzdłuż wybrzeża ciągną się przepiękne, secesyjne i eklektyczne wille z kolorowymi okiennicami i balkonami – każda inna, każda bajkowa. Przypominają francuskie odpowiedniki domków z piernika

Oczywiście, zatrzymaliśmy się na kawę i deser – bo przecież nie może być inaczej – a potem wróciliśmy do domu naszych gospodarzy, gdzie czekała na nas kolejna pyszna kolacja. I długie rozmowy przy winie – o życiu, polityce, podróżach i przyjaźni, która nie zna granic.

Jutro wyruszamy dalej, ale ten dzień – ta gościnność, te krajobrazy, ten klimat północnej Francji – zostaną z nami na długo. A Joel i jego rodzina? Zostaną naszymi przyjaciółmi na zawsze., i już wiemy, ze w październiku spotkamy się znów. W Polsce.

Jeśli dotrwaliście do końca tej relacji, to dziękujemy z całego serca

Nieustannie przypominamy – ta podróż ma cel! Zbieramy fundusze na leczenie dzielnego Michała Milczarka. Każda złotówka, każde udostępnienie, każdy nowy obserwator – to większy zasięg i większa szansa, że wspólnie uratujemy życie tego chłopca.

Wchodźcie, wpłacajcie, udostępniajcie, wspierajcie:

https://www.siepomaga.pl/ratujemy-michasia

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *