Dzień 20: Dwa kultowe miasta, człowiek-legenda i… test wytrzymałości na bałkanskich bezdrożach.

Zaczęliśmy wcześniej niż zwykle (co ostatnio graniczy z cudem). Trudno było się podnieść, ale zapach świeżo pieczonych bałkańskich specjałów z piekarni obok i pachnąca kawa, którą Ania podała wszystkim niemal do łóżek, zrobiły swoje.

Plan: wbić do Dubrownika wcześniej, zanim zjadą się tam autokary i wycieczkowce. Udało się! Choć to nie nasza pierwsza wizyta, potęga tego miasta wciąż robi wrażenie: majestatyczne mury miejskie z XIV wieku, wciąż otaczające starówkę, której marmurowe ulice i kamienne domy pamiętają czasy Republiki Dubrownickiej. Miasto, znane z kupieckiej przeszłości i niezależności, stało się też ikoną popkultury – to tu kręcono sceny Królewskiej Przystani (King’s Landing) do “Gry o Tron”.

Wyjeżdżając, nie mogliśmy oderwać wzroku od miasta i skalistego wybrzeża. A propos – zapomnieliśmy wspomnieć, że od wjazdu do Czarnogóry coraz częściej mijamy polskie tablice. W Dubrowniku też były, a my co chwilę machaliśmy do rodaków.

Dalej – kierunek Mostar. Adrian poprowadził nas trasą, która początkowo zachwycała – kręta, nadmorska droga pięła się w górę, widoki bajka. Po przekroczeniu granicy z Bośnią i Hercegowiną zrobiło się… dziko. Pustkowie. Opuszczone ruiny z przestrzelonymi murami – pamięć o krwawej wojnie lat 90. i tragicznej dezintegracji Jugosławii.

W Ravno nasza tolerancja na brak asfaltu została wystawiona na kolejną próbę: szutrowo-piaszczysta droga z serpentynami o nachyleniu, które mogłoby zawstydzić alpejskie zjazdy, i tak przez 4 km. No to my podziękujemy bardzo, co to to nie. Zatrzymaliśmy się na chwilkę by zasięgnąć języka co do możliwości objechania tej nieszczęsnej drogi w Hotel Stanica Ravno. Poza informacjami jak dojechać do Mostaru drogami, które będą łaskawsze dla naszych przyciężkich koników, uzupełniliśmy też zapas płynów. Przemiła pani, która nas obsługiwała, opowiedziała nam też o tym miejscu, które dziś jest butikowym hotelem, a było stacją kolejową. Oprowadziła nas po piwnicach, które w tej chwili służą jako piwniczka na wyborne wina, ale podczas wojny domowej była… więzieniem. Duchy przeszłości widać jeszcze w wielu miejscach. Podziękowaliśmy za interesującą wycieczkę i obdarowani na drogę pamiątkowym magnesem, ruszyliśmy w stronę Mostaru.

Tuż przed Stolacem – błąd. Nie ufaj ślepo Google Maps bo wylądujesz na kamienistej dróżce idealnej dla kozic, ale nie przyciężkich motocykli. Zawrót. I wtedy – widok jak z bajki: motocyklista z białą brodą, na Harleyu z 1937 roku! Na żółtych tablicach. Holender? Nie! Mariusz Szyna Klusak z Zakopanego! Trener narciarstwa alpejskiego, pasjonat starych motocykli, członek Oldtimersów. Harley z silnikiem Knucklehead – dla fanów marki to jak zobaczyć jednorożca pod domem. I było tak jak w tym memie, gdzie 3 Harleyowców na światłach usiłuje coś do siebie powiedzieć przekrzykując ryk swoich silników. Ale nam się udało! i pojechaliśmy na kawę. Co za spotkanie!!!! O długo by opowiadać, i nie wiemy ile szczegółów z tej rozmowy możemy ujawnić, ale to kolejny dowód na to, ze droga sama w sobie daje nam różne doświadczenia; czasem to brak asfaltu, czasem parkingowa gleba, a czasem ludzie tak niesamowici, że wydają się być jak z innej, niesamowitej planety. Mariusz Szyna Klusak – było fantastycznie cię poznać, i bardzo liczymy, że nasze drogi jeszcze sie przetną! Do zobaczenia! Aż szkoda było się żegnać, wierzcie na słowo.

Po spotkaniu, dotarliśmy wreszcie do Mostaru – prawdziwej perły Bośni i Hercegowiny. Stary Most, wpisany na listę UNESCO, łączy dwa brzegi rzeki Neretwy i symbolizuje odradzanie się miasta po wojennej tragedii. Otaczają go tureckie domy, minarety i brukowane uliczki pełne historii. Ten most to jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Bośni i Hercegowiny. Zbudowany w XVI wieku przez Osmanów, przez wieki łączył nie tylko dwa brzegi rzeki Neretwy, ale też różne kultury i religie. W 1993 roku, podczas wojny w Bośni, most został zburzony przez artylerię — jego upadek stał się symbolem zniszczenia i podziału. Miasto mocno ucierpiało, a wiele zabytków i domów zostało obróconych w ruinę. Odbudowano go dopiero w 2004 roku, z zachowaniem oryginalnych metod i materiałów. Dziś znów łączy ludzi — także symbolicznie, jako znak pojednania i nadziei.

Nic więc dziwnego, że na obiad wybraliśmy miejsce z widokiem na most i talerze pełne tradycyjnych bałkańskich pyszności: cevapi, pljeskavica, warzywa, … Po uczcie ruszyliśmy dalej, choć kusiło nas Medugorje oraz Čapljina, które Ania pamięta z wyjazdów z rodzicami, jeszcze z czasów sprzed wojny domowej.

Nocleg znaleźliśmy w Posušje. Apartament gigant: dwie sypialnie, salon, kuchnia i… pralka! Z płynem do prania! To jak święty Graal motocyklisty z kończącym się zapasem czystych ciuchów. Radość porównywalna z tą, jaką czują rodzice widząc 1 września na horyzoncie po wakacjach z dziećmi.

Kochani, to był dzień pełen emocji, historii i niezwykłych ludzi. A my nadal jedziemy po to, by pomóc Michałowi Milczarkowi z Komornik odzyskać zdrowie. Udostępnijcie ten post, dołączcie do naszej akcji i wpłaćcie, ile możecie na:

https://www.siepomaga.pl/ratujemy-michasia

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *