Dzień 21. Trzy tygodnie w siodle, jeszcze większe upały i burza emocji

Z małym poślizgiem – dzień spóźnienia w relacjach, bo ostatni nocleg to była podróż w czasie do ery bez internetu. A do tego fizyczno-emocjonalny wycisk, który skutecznie zniechęcił nas do czekania pół nocy aż jedna kreska zasięgu łaskawie przeobrazi się w dwie i łaskawie wrzuci wszystkie zdjęcia.

No to od początku. Znów z nieba lał się żar. Kolejny dzień upałów, w których nawet jazda w mokrej koszulce nie przynosi już ulgi. Butelki wody lądowały na głowach, a my – w trybie „grillowany człowiek na motocyklu” staraliśmy się mimo wszystko posuwać do przodu.

W takich warunkach przychodzi moment, w którym nie tylko ściółka leśna jest zagrożona pożarem – relacje również! I tak, bez cukru i lukru – wczoraj się ulało. Atmosfera od rana – mniej „wakacje”, bardziej „cichy dom po kłótni o zmywarkę”.

Znacie teorię: testem związku jest budowa domu? Kto kładł kafelki z partnerem, ten wie – wystarczy nie ten odcień i wojna gotowa. No to wyobraźcie sobie wersję „testu związkowego EXTREME”: 3 tygodnie w trasie, codzienna jazda, upał, stres, różne drogi i Google Maps, które najwyraźniej testuje naszą wytrzymałość.

No i… BUM

Ale hej! Dogadujemy się zawsze. W końcu – jak mówi pewien klasyk – prawdziwy mężczyzna może mieć albo rację, albo szczęśliwy związek. Obie rzeczy naraz? Science fiction.

Po dramie porannej przyszedł czas na dramat… drogowy.

Wyjechaliśmy z Posušje (BiH) i Google znów postanowił sobie z nas zażartować. Najpierw wysłał nas na przejście graniczne, które wyglądało jak stary kiosk Ruchu – serio, w dodatku z kolejką jak po papier toaletowy w PRL-u. Zero cienia, dużo samochodów. No cóż, czekamy.

Dalej – kierunek Imotski w Chorwacji – znane z dwóch kraterowych jezior: Modrego i Czerwonego (o ile pierwsze jest cudownie turkusowe, więc nazwa nie dziwi, drugie ma nazwę od koloru skał). Zjawiskowe, szczególnie gdy patrzy się na nie z góry – jakby ktoś powycinał w ziemi dwa idealne otwory. Ale zanim tam trafiliśmy, Google Maps przeszło w tryb „hardcore turysty”: prowadziło nas po stromych, wąskich uliczkach – często jednokierunkowych, a czasem nawet… „pod prąd”. Hit? Skręt w ulicę, której środkiem przebiegał betonowy słupek. Tak. Wbetonowany. Nie do ominięcia. Czekaliśmy tylko, aż każe nam skręcić do jeziora.

Ale dojechaliśmy! Widok z góry na błękitną toń – cud, miód.

Następnie – Split. Znacie? Pewnie większość tak. Starówka wpisana na listę UNESCO, bo zbudowana na fundamentach pałacu cesarza Dioklecjana – tak, tego od prześladowania chrześcijan. Świetnie zachowana architektura, port, knajpki i gorąc jak w piecu chlebowym.

Dlatego nie zatrzymaliśmy się długo. Cel: Zadar! Miasto, którego jeszcze nie znaliśmy.

Po drodze – Park Narodowy Krka z przepięknymi wodospadami… ale przyznajemy: było tak gorąco, że nie zatrzymaliśmy się nawet na selfie. Wskoczyliśmy na autostradę z nadzieją, że „pęd powietrza nas ochłodzi”. Ha. Ha. Ha. Kto ma ochotę może teraz wykonać test dla odważnych: Załóż kombinezon narciarski, kask z goglami, a kolega niech odpali suszarkę „na ciepłe” i trzyma ci przed twarzą przez godzinę. Voilà – masz nasze popołudnie w siodle.

Do Zadaru dotarliśmy ostatkiem sił. Booking? „Byle było łóżko, blisko centrum i żeby można było coś zjeść, zanim padniemy”.

I tu: zaskoczenie! Zadar nas totalnie oczarował. Starówka położona tuż nad samym Adriatykiem, mury obronne, kościół św. Donata z IX wieku, rzymskie kolumny wtopione w miejską tkankę. Historia na każdym kroku, dosłownie. Bardzo chcieliśmy jeszcze zobaczyć morskie organy – schody, które grają dzięki uderzeniom fal. Ale niestety zmęczenie wzięło górę.

A na koniec dnia – kolacja i mała drama kulinarna.

Nasz syn Michał, do niedawna jedzeniowy minimalista, żeby nie powiedzieć “niejadek”, odkrył zeszłego lata krewetki. Zaczęło się od tych w tempurze, a teraz – mistrz selekcji z menu.

Kelner został wypytany: „Ile krewetek w makaronie? A w sałatce? A czy można więcej?”. W końcu – wybór padł na grillowany plater krewetek. Ale… kelner lojalnie uprzedził, ze trzeba je obrać, a Michał, chyba nie wiedząc co go czeka – postanowił zaryzykować.

Talerz pełen oczek, szczypiec i pancerzy trafił przed Michała z teatralnym gestem. I… Michał skoczył jak poparzony, odsunął krzesło i ledwo powstrzymał łzy. Był przekonany, że one jeszcze żyją. Tym bardziej, ze dzień wcześniej podziwiał w akwarium olbrzymiego homara, nie wiedząc, ze to przyszły… obiad.

Na ratunek ruszyła Ania, która zaczęła… bawić się jedzeniem. Bo skoro jedzenie ma oczy, to może też mieć głos. Dosłownie. Krewetki zaczęły gadać. „Wujek Joe” spotkał swoją kuzynkę – już elegancko obraną. „Ładnie schudłaś!” – rzucił. „No coś ty taki uszczypliwy, Joe?” – odpaliła. A potem… już nie pamiętamy. Była głupawka, śmiech do łez i po chwili… Michał zjadł. Ale zapowiedział: „Następnym razem tylko już obrane!”. Okazuje się, że nawet krewetki mają coś do powiedzenia: nie wszystko co dziwne, jest niesmaczne. A dzieci – gdy nie naciskasz – z ciekawości mogą zjeść nawet to, czego się wcześniej bały.

No to lecimy dalej!

Trzy tygodnie w siodle, upały coraz bardziej dające się we znaki, a my wciąż z jednym celem – ratować Michała! Jeśli jeszcze nie mieliście okazji dołączyć do akcji – teraz jest ten moment:

https://www.siepomaga.pl/ratujemy-michasia

Każda złotówka, każde udostępnienie i każde dobre słowo to cegiełka w budowaniu nadziei. Pomóżcie nam szerzyć tę wiadomość jak najdalej!

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *