Dzień 25: czyli o pięknie wewnętrznym, człowieku-markerze i zadku pawiana

Mediolan. Co to za miasto!

Długo by opowiadać, a jeszcze więcej czasu można by spędzić, błądząc uliczkami starego miasta. Nie mogliśmy się oprzeć, żeby nie zobaczyć choć kilku interesujących miejsc, więc…przedzieraliśmy się przez poranny korek Mediolanu. A robiąc to, zadawaliśmy sobie pytanie: co było większym wyzwaniem – Istambuł czy poranny rush hour w Mediolanie? Zdania w naszym zespole są podzielone. Istambuł, jak pamiętacie, to strome podjazdy, dzikie tłumy motocykli i samochodów. Mediolan? Zupełnie inna liga.

Zabytkowa część to prawdziwe cudo, ale wąskie uliczki, asfalt przechodzący w bruk o formacie XXL, tory tramwajowe biegnące w różnych kierunkach, bruk zapadający się po bokach, wybrzuszony na środku, miejscami wyłamany jak w nieudanym tetris…

Do tego dorzućmy: hordy skuterów pędzących z prędkością ponaddźwiękową, i pojawiających się dokładnie tam, gdzie się ich nie powinno być, rowerzystów poruszających się tempem żółwia, ale zawsze tam, gdzie się ich nie spodziewasz, oraz bonus: zasady ruchu drogowego, których przestrzeganie to opcja, nie obowiązek. W Mediolanie:

Czerwone światło? Tylko dla samochodów. Kierowca skutera może jechać, jeśli:

uno: stoi pierwszy,

duo: ma oczy i widzi, że się zmieści,

tres: zdąży przejechać, zanim auto jadące na zielonym w niego wjedzie

Migacze? No cóż… Po pierwsze: każdy je ma, ale nie musi używać. Po drugie: jeśli używa migacza prawego, to wcale nie znaczy ze będzie skręcał, albo, że akurat w prawo. Może po prostu puszcza do ciebie oko. Analogicznie z migaczem lewym, aczkolwiek może to też oznaczać ze skręci dokładnie w przeciwna stronę. Są jeszcze sytuacje w których mrugają oba i prawy i lewy, ale na razie nie rozgryźliśmy jeszcze tego kodu.

Wszystko rozumiecie? No dobrze, w takim razie jesteście gotowi aby ruszyć dalej z nami ulicami tego pięknego miasta.

Pierwszy przystanek – Duomo di Milano

Katedra tak piękna, że brak słów. Marmurowa koronka, która pnie się ku niebu z ponad 3 400 rzeźbami, 135 wieżyczkami i niezliczonymi detalami gotyku flamboyant. Budowa rozpoczęła się w 1386 roku, a zakończono ją… dopiero w XX wieku! Na szczycie – symbol miasta: Złota Madonnina, która ma ponoć strzec Mediolanu przed wszelkim złem. Wnętrze chłodne, majestatyczne, witraże opowiadające biblijne historie, a z dachu – panorama całego miasta i Alp przy dobrej pogodzie. Must-see, no nie ma innej opcji!

Kolejny przystanek – Castello Sforzesco

Siedziba potężnego rodu Sforzów – to oni zamienili średniowieczny fort w renesansowy pałac, pełen sztuki i ogrodów. Zamek był domem Ludovica Sforzy, znanego jako “Il Moro” – mecenasa sztuki, który sprowadził do Mediolanu samego Leonarda da Vinci. Wiedzieliście, że to właśnie tutaj Leonardo namalował “Ostatnią Wieczerzę” (w pobliskim klasztorze), ale też projektował systemy wodne, machiny wojenne, planował miasto. Sforzowie, podobnie jak Medyceusze we Florencji, inwestowali w sztukę nie dla samego piękna, ale by odnaleźć porządek, harmonię i sens życia wśród chaosu. A skoro już przy rodach jesteśmy – tak, jest powiązanie z królową Boną!

Bona Sforza, córka Gian Galeazza Sforzy, została królową Polski i żoną Zygmunta Starego. Przywiozła do Polski włoskich architektów, kuchnię, warzywa (tak, rukola i brokuły to jej robota!) i renesansową elegancję.

Jeśli obserwują nas byli uczniowie, którzy mieli z Anią literaturę, to na pewno pamiętają rozmowy o włoskim Renesansie, ale może dla was też będzie to interesujące:

W mieście takim jak Mediolan, nie można o tym nie powiedzieć bo widać to na każdym kroku

Piękno jako filozofia, przekonanie, że piękno kształtuje duszę. Medyceusze wysyłali ludzi do odległych klasztorów, by zdobywali klasyczne dzieła. Dlaczego? Bo wierzyli, że starożytni znaleźli sposób na dobre życie. Planowanie miast, budowli, dekoracji – to wszystko miało wpływać na ludzi. No i pomyślcie sami, piękno wielu włoskich miast, tych znanych, ale i tych małych miasteczek, gdzie człowieka zachwyci jakiś detal, jakaś piękna brama, albo fontanna, takie miejsca powodują, ze człowiek czuje się lepiej, tak jakby wdychając to piękno, sam stawał się piękniejszy od wewnątrz.

Ale wracamy na trasę: Harley-Davidson Gate32 Milano

Duży salon, mnóstwo akcesoriów i odzieży – prawdziwa gratka dla fanów.

Obsługa? Mega sympatyczna! Rozmawialiśmy chwilę przy serwisie, bo nasze polskie blachy przyciągnęły uwagę – rozmawialiśmy o trasie, o Michale, i… o czarnych chmurach nadciągających nad miasto.

Już od kilku dni uciekaliśmy przed burzą, ale w końcu chyba nasze pokłady szczęścia się wyczerpały. Co było robić? Wyciągnęliśmy neonowe łaszki i do dzieła. Szczerze — nie przepadamy, a tych nakładek na buty Ania wręcz nie znosi: klapią, zsuwają się z buta i ciężko w nich zmieniać biegi, nie mówiąc już o tym, że są śliskie od spodu i przy hamowaniu trzeba bardzo uważać. W dodatku mają jedną cechę wspólną z tanim namiotem azjatyckiej produkcji. Kto w takim spał, ręka do góry — bo że zapomnieć się nie da, tego jesteśmy pewni.

Co łączy przeciwdeszczowy zestaw odzieży motocyklowej i tandetny namiot? Fakt, że gdy pada na zewnątrz, to w środku jest sucho tylko do momentu, kiedy klej na szwach nie puści, a gdy na zewnątrz jest ciepło i chwilowo nie pada, to w środku… i tak pada, bo woda zaczyna się skraplać.

Tak więc po całym dniu w przeciwdeszczówkach — o urodzie nienachalnej i bardzo podstawowym designie, który, jeśli nie czyni z motocyklisty człowieka-markera, to na pewno pozbawia jego sylwetkę jakiegokolwiek atrakcyjnego wyglądu — pacjent zaczyna się zastanawiać, co mu strzeliło do głowy, żeby psioczyć na upał! Szczególnie, że gdy już zdejmie z siebie ten cały przyodziewek, nagle odkrywa, że odparzył sobie siedzenie i wygląda jak pawian.

No ale nic — ubrani, ruszyliśmy. I jeszcze dobrze nie wyjechaliśmy z Mediolanu, gdy lunęło. Najpierw delikatne kropelki dla zmylenia przeciwnika, a gdy już byliśmy na autostradzie i nie było gdzie umknąć — chlust! Padało, a właściwie lało z góry, ale jak w słynnej scenie z Forresta Gumpa, kiedy to bohater opowiadał, jak padał deszcz w Wietnamie, tu było analogicznie: lało z góry, lało z dołu spod kół i lało też z boków — spod kół tirów i mijających nas samochodów. A szyby motocykli, które zazwyczaj bardzo ułatwiają jazdę i chronią od wiatru, tym razem — zapryskane deszczem — wręcz przeszkadzały, więc trzeba było się wychylać nad nimi, żeby cokolwiek było widać. OK — ale tak jak mocno się rozpadało, tak na szczęście szybko się „wypadało”. Z każdym kilometrem Alpy, widoczne już na horyzoncie, stawały się coraz bardziej dominującym elementem krajobrazu: górowały nad drogą, skaliste, surowe, osnute chmurami. Zbliżaliśmy się do najwyższego pasma — wraz z Mont Blanc.

Widok lodowca i śniegu w lipcu – coś absolutnie niesamowitego, ale nasza trasa wiodła nie po zboczach tego najwyższego szczytu Europy Zachodniej (4 808 m n.p.m.) ale tunelem pod nim. Ten sześćdziesięcioletni już tunel ma prawie 12 kilometrów długości, i od czasu tragicznego pożaru w 1999 roku, wprowadzono ścisłe zasady bezpieczeństwa.

Nic więc dziwnego, że przed tunelem korek jak trzeba – auta, ciężarówki, autokary, a potem grzecznie, 70 km/h, co 150 m. Wyjechaliśmy z tunelu i wtedy znów lunęło.

Została nam godzina drogi do celu na dziś: przeuroczego Annecy, które odkryliśmy jeszcze podczas podróży w zeszłym roku i bardzo chcieliśmy zobaczyć ponownie. I Annecy chyba odwzajemniło naszą radość bo tuż przed miasteczkiem wyszło słońce.

Jedziemy dalej, bo jedziemy DLA MICHAŁA

Pomóż nam pomóc – każde polubienie, udostępnienie i wpłata ma znaczenie.

https://www.siepomaga.pl/ratujemy-michasia

Udostępnij ten post, pokaż znajomym, wciągnij rodzinę i kolegów z pracy!

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *

2 thoughts on “Dzień 25: czyli o pięknie wewnętrznym, człowieku-markerze i zadku pawiana”