Wyjechaliśmy z lekkim poślizgiem z Caldiero, bo po obowiązkowym prysznicu, pakowaniu klamotów, planowaniu trasy i pisaniu posta nagle zrobiło się po 10:00. No cóż – bez stresu. Naładowani pozytywnie po wczorajszym wieczorze, ruszyliśmy dalej


Mały spoiler na początek – dziś coś dla miłośników motoryzacji (i to nie tylko tej na dwóch kołach), uroczych uliczek i pysznego jedzenia. Pierwszy przystanek – niespodzianka… sklep z zabawkami! No w końcu to podróż z dzieckiem, a poza tym – mówi się, że każdy facet ma w sobie jakąś część, która nigdy nie dorasta. Tak więc męska część ekipy pognała między półki, a Ania została pilnować bagaży. Łowy nie były chyba zbyt owocne bo po krótkim czasie panowie wyłonili się ze sklepu, więc ruszyliśmy dalej – prosto do salonu Harley Davidson Verona


















Duży, robiący wrażenie, pełen unikalnych motocykli i gadżetów, takich jak np. stoliki z podstawami z silników – coś, co nie zdarza się na co dzień! Choć Verona to miejsce znane z romantyzmu, historii i balkonu Shakespearowskiej Julii, tym razem – z uwagi na napięty grafik i fakt, że już kilkukrotnie ją zwiedzaliśmy – musieliśmy z ciężkim sercem ją pominąć. Czas nas goni.
Następnie obraliśmy kurs na Brescię. W planie – odwiedziny w Harley-Davidson Brescia, gdzie przywitała nas niesamowicie miła obsługa. Oprócz rozmowy o naszej trasie i celu wyprawy, dostaliśmy również złotą podpowiedź co do obiadu. W porannym zamieszaniu pominęliśmy śniadanie, więc posiłek w Antica Trattoria del Ponte smakował podwójnie.


W sumie to lunch tez, bo w porannym zamieszaniu, jakoś odpuściliśmy posiłki, poza tym jeszcze czuliśmy się najedzeni po uczcie dnia poprzedniego. I tym sposobem wylądowaliśmy w Antica Trattoria del Ponte. No, kochani, jeśli będziecie w okolicy, nawet gdybyście musieli zboczyć z drogi, to warto. Po pierwsze gdy przestąpicie próg i zobaczycie te mury, pełne historii, wystrój, który w oczach naszego Michała był odzwierciedleniem jego wyobrażenia o tym jak powinna wyglądać włoska restauracja, obsługę, która naprawdę wie jak wam doradzić i dania, które na długo zapadają w pamięć. Co zamówiliśmy? Michał tagliatelle z sosem Bolognese, Ania pici z sosem serowym, a Adrian wołowinę z serem pecorino. Zobaczcie zresztą zdjęcia, poezja. Gdy przemiły obsługujący nas pan, przyszedł zabrać talerze i zapytać czy smakowało, Michał powiedział, że lepsze niż mamy, a musicie wiedzieć, że do tej pory wersja mamy była tą najlepszą na świecie. Tradycyjnie, wyjadamy sobie z talerza, wiec oboje stwierdzamy, ze były wyśmienite, brak nam wręcz słów, aby wam opisać jak nam smakowało. Gdy przyszło do deseru łakomstwo wzięło górę, i na stole wylądował sernik i szarlotka, i z ręką na sercu, to był najlepszy sernik, jaki w życiu jedliśmy, kremowy, rozpływający się w ustach, petarda!





No dobrze, ale w końcu przyszedł moment, ze trzeba było wstać od tego przepysznego, gościnnego stołu i przejechać dosłownie pare metrów bo tuż za rogiem znajduje sie muzeum słynnego wyścigu 1000 Miglia – konieczny przystanek! Znajduje się ono w dawnym klasztorze Santa Eufemia w Brescii. W środku: samochody, zdjęcia, dokumenty i ekspozycje opowiadające historię jednego z najsłynniejszych rajdów świata.









































Zobaczyliśmy też rekonstrukcje asfaltu z lat 20., 30., 40. i 50. – aż ciarki przechodziły na myśl o jeździe po takich drogach z ogromnymi prędkościami. Stalowe nerwy to mało powiedziane!
Z muzeum ruszyliśmy do centrum Brescii, by zobaczyć Duomo Vecchio – wyjątkową romańską katedrę z XI wieku, jedną z niewielu takich budowli, które przetrwały do dziś. Brescia zresztą to piękne miasto – nieco mniej turystyczne, ale niezwykle klimatyczne.







Kolejny przystanek – Harley-Davidson Bergamo, gdzie zachwyciła nas ekspozycja kolekcji prywatnej, a w niej m.in. kilka pięknych Heritage Springer.
Obsługa jak zwykle niezawodna – woda, espresso i opowieści pełne pasji. Szczególne pozdrowienia i wielkie uściski dla dwóch pań: Rada i Sara, sprawiłyście, że czuliśmy się tam jak u siebie.






Potem wskoczyliśmy na siodła i… tak, tak – kolejny salon! Harley-Davidson Monza. Ten miał wyjątkowy klimat – coś między tropikalnym luzem a włoską fantazją. Obsługa z uśmiechem słuchała naszej historii – chyba z lekkim niedowierzaniem, że mamy równo pod sufitem bo kto normalny rusza w taką trasę.
Nie mogliśmy opuścić Monzy bez rzucenia okiem na Villa Reale di Monza – monumentalną królewską rezydencję z XVIII wieku, otoczoną ogromnym parkiem. Szybkie zdjęcia i… trzeba było ruszać dalej, bo nadciągała burza.






I tak trafiliśmy do stolicy światowej mody – Mediolanu. Trochę zabawnie to brzmi, biorąc pod uwagę nasz obecny wygląd i kończące się zapasy czystych ubrań. Na szczęście apartament wybrany przez Adriana ma pralkę. Więc nie w haute couture, ale przynajmniej w pachnących ciuchach ruszymy jutro na podbój miasta!




Dziś już tylko szybkie zakupy napojowo-śniadaniowe, prysznic i odpoczynek. Jutro – Mediolan w pełnej krasie, a potem… kierunek: Francja.
Na koniec chcielibyśmy serdecznie pozdrowić te wszystkie osoby, które gdzieś podczas drogi, na chwilę się zatrzymują zamienić z nami słowo. Dodajecie nam skrzydeł.
I pamiętajcie – ta wyprawa ma jeden, wielki cel: walczymy o zdrowie Michała, dzielnego chłopca, który zmaga się z nowotworem. Możecie pomóc:
Udostępniając posty
Obserwując nasz profil
Wpłacając choćby najmniejszą kwotę na zbiórkę: https://www.siepomaga.pl/ratujemy-michasia
Dziękujemy, że jesteście z nami!