Poranek rozpoczęliśmy zdjęciami jeziora Szkoderskiego – bo wczoraj, gdy tu dotarliśmy, było już prawie ciemno. Miasteczko Shiroka aż tętniło życiem – hotelik przy hoteliku, prawie każdy z restauracją, stoliki rozstawione dosłownie wszędzie, tłumy ludzi, luksusowe auta, szum rozmów i muzyka. Trochę taki lans i nie jesteśmy pewni, czy to do końca nasze klimaty… Ale Albania już nie raz pokazała, że ma coś dla każdego. Dla miłośników ciszy i natury – piękne jezioro Ochryd, które opuściliśmy dzień wcześniej. A dla tych, co lubią być w centrum wydarzeń i mieć na czym oko zawiesić – może właśnie taka promenada w Shiroce. Chociaż może nie potrafimy obiektywnie ocenić bo nad Ochrydem spędziliśmy kilka dni, a Jezioro Szkoderskie, potraktowaliśmy tylko jako krótki przystanek i chyba jednak daliśmy mu zbyt mało czasu…









Jezioro Szkoderskie to największe jezioro Półwyspu Bałkańskiego, leży na pograniczu Albanii i Czarnogóry i jest rajem dla ptaków – to jedno z największych siedlisk pelikanów w Europie. A na jego brzegach – winorośle, góry i urocze wioski. No po prostu bajka. No cóż, liczymy, że to nie będzie ostatni raz! Na pewno do Albanii wrócimy, bo mamy apetyt na więcej.
Ale droga wzywa – i mimo że znów wyruszyliśmy późno (bo post się sam nie chciał napisać), to pierwszym punktem dnia był zamek Rozafa w Szkodrze. Co za miejsce! Usytuowany na wzgórzu z widokiem na trzy rzeki – Bunę, Drinę i Kiri. Legenda głosi, że mury zamku wciąż się waliły, dopóki nie zamurowano w nich… żony jednego z budowniczych. Ta nieszczęsna kobieta miała na imię Rozafa i do dziś podobno karmi dziecko piersią wystającą z kamienia… Koszmarna historia. Jak się głębiej zastanowić, to nigdy nie słyszeliśmy historii o zamurowanych “na szczęście” mężach… dziwne, no nie? A wracając do zamku: zamek pamięta czasy Ilirów, potem Rzymian, Bizancjum i Turków – no istny podróżniczy miks.







Chwilę później już byliśmy w Czarnogórze! A droga… ach, droga to był festiwal niespodzianek. Od całkiem niezłego asfaltu po odcinki, które bardziej przypominały plac budowy niż trasę widokową. Nasze motocykle, choć dzielne, nie przepadają za szutrem – my zresztą też. Kurz w zębach, pot na plecach, ale gdy zaczęliśmy zbliżać się do wybrzeża – wszystko zostało wynagrodzone. Góry, skały, lasy i wreszcie Adriatyk!






Nasze „ochy” i „achy” było słychać na każdym zakręcie… no chyba że akurat w tym samym momencie robił to cały długi korek złożony z turystów i lokalsów. Dzięki uprzejmości kierowców udało się jednak przemykać do przodu! Przystanek: Sveti Stefan! Nasze rozgrzane mózgi najpierw przetłumaczyły to na „Sweaty Stefan” – czyli spocony motocyklista na wakacjach, ale faktycznie chodzi o „świętego Stefana” – niezwykłą wyspę-hotel, kiedyś wioskę rybacką z XVI wieku, dziś – ekskluzywny resort. Niestety wstęp mają tylko goście hotelowi (czyli nie my), ale widok z pobliskiej restauracji, do której trafiliśmy przez przypadek, był po prostu obłędny. A jedzenie – po diecie „na sucho” z poprzedniego dnia – smakowało jak w niebie.











Następnie wjechaliśmy do Kotoru – perły Czarnogóry. Leży nad malowniczą zatoką, a jego stare miasto to prawdziwa perełka średniowiecza, wpisana na listę UNESCO. Wąskie uliczki, twierdza na wzgórzu, koty wylegujące się w cieniu (to podobno ich miasto!) i zapach Adriatyku w powietrzu.
Na kawę i deser zabrakło nam miejsca (żołądkowo i czasowo), ale zaliczyliśmy jeszcze przystanek przy “Our Lady of the Rocks” – malutkiej wyspie z barokową kaplicą, którą miejscowi rybacy… usypali własnoręcznie, wrzucając do wody kamienie i wraki statków.
Legenda głosi, że znaleźli tam ikonę Matki Boskiej i postanowili zbudować jej kapliczkę. Dziś odbywa się tu coroczna uroczystość „Fašinada”, podczas której mieszkańcy nadal wrzucają kamienie do morza, żeby utrzymać wyspę.













Zrobiliśmy pełne kółko wokół zatoki i w końcu nadszedł czas decyzji – czy śpimy w Czarnogórze, czy ciśniemy dalej do Chorwacji, by być bliżej Dubrovnika. Oczywiście, jak to my, pojechaliśmy dalej.




















I tak, moi drodzy, dzień zaczęliśmy w Albanii, spędziliśmy w Czarnogórze, a zakończyliśmy w Chorwacji.
Ale pamiętajcie, choć droga cieszy i zachwyca – wciąż jedziemy z konkretną misją: zbieramy środki na leczenie Michała. To dla niego pokonujemy te kilometry, walczymy z upałami, szutrami i… własną czasami słabą naturą. Jeśli możecie – udostępnijcie ten post, pokażcie znajomym, wpłaćcie chociaż symboliczną złotówkę.
Link do zbiórki: https://www.siepomaga.pl/ratujemy-michasia
Każdy gest ma znaczenie. A my jedziemy dalej. The Hope Tour trwa!





