Po 5 dniach dzielnej, samodzielnej walki z jelitówką, wyczerpaniu całego zapasu tabletek i wszystkich magicznych sposobów, które zawsze działały, w końcu się poddaliśmy. Michał wyglądał już naprawdę kiepsko, więc poprosiliśmy naszego fantastycznego gospodarza, żeby zawiózł nas do szpitala. Efekt? Michał dostał dwie porządne kroplówki, a my – po raz kolejny – udaliśmy się do tej samej apteki, w której byliśmy już chyba z pięć razy. Pani farmaceutka rzuciła nam znaczące spojrzenie, a my tylko mogliśmy się domyślać, co sobie pomyślała. Może coś w stylu:
„O, znowu ci od biegunki na motocyklu…” Nasz syn oburzony zawołał: “To niesprawiedliwe! Czemu ja dostaję igły, a wy tabletki?!” Życie, synku, życie.



Kiedy wreszcie byliśmy jako tako ogarnięci, nadszedł czas pożegnania z Jeziorem Ochrydzkim – przepięknym, czystym, z wodą tak przejrzystą, że widać każdy kamyk. Dla nas, to jedno z tych miejsc, w których człowiek zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie chciałby tu kiedyś zamieszkać…


Ale przede wszystkim żegnaliśmy ludzi. Rodzinę z Vila Rejan, która prowadzi to miejsce z takim sercem i ciepłem, że nie chce się odjeżdżać. Pokoje dużo ładniejsze niż na Bookingu, zdjęcia kompletnie nie oddają uroku tego miejsca! Blisko jeziora, restauracji, i z ogromną gościnnością dla motocyklistów – zrobią wszystko, byście czuli się jak w domu. Polecamy każdemu!



Z bólem serca ruszyliśmy dalej, ale z uśmiechem, bo kolejne przygody czekały za rogiem.











Po drodze – totalna niespodzianka: opuszczone budynki całe pomalowane w biedronki! Niby nic, a człowiek się gapi z bananem na twarzy, jakby zobaczył uliczne dzieło sztuki.


Zatrzymaliśmy się też na chwilę w Elbasanie, mieście z zamkiem w środku miasta i charakterystycznymi budynkami z czasów osmańskich, dziś trochę przykurzonymi, ale nadal z klimatem.


















W końcu dotarliśmy do Tirany – stolicy Albanii.
Zobaczyliśmy słynną Piramidę Tirany – dawny pomnik ku czci Envera Hodży, otwarty w 1988 roku miał być jego muzeum. Ten obiekt uznawany jest za najdroższą inwestycję zrealizowaną w czasach komunizmu w Albanii – jego budowa pochłonęła ponad 4 miliony dolarów. Dziś postrzegany jest jako symbol zwycięstwa Albańczyków nad dawnym reżimem.
Póżniej oczywiście Plac Skanderbega – ogromna przestrzeń w sercu miasta, z pomnikiem narodowego bohatera, otoczona muzeami i nowoczesną architekturą.














A potem… raj.
The Lagoon of Patok – jedno z najbardziej urokliwych miejsc, jakie możecie sobie wyobrazić!
Drewniane domki na wodzie, knajpki serwujące świeże ryby dosłownie prosto z laguny. Kto oglądał Bałkany z Prokopem, ten wie, o czym mowa. A kto nie – niech dopisze to miejsce do swojej podróżniczej listy.























Wieczorem wylądowaliśmy w Shiroka, tuż obok Szkodry, z widokiem na kolejne niesamowite jezioro… i teraz zastanawiamy się, które bardziej skradnie nasze serce – Ochrydzkie czy Szkoderskie?









Dzień zakończyliśmy prostym, zgodnym z zaleceniami lekarza posiłkiem (czyli nic pikantnego, nic smażonego i żadnych eksperymentów), podczas którego towarzyszył nam świerszcz rozmiarów małego drona. Nie wiemy, co próbował przekazać, ale wyglądał na zadowolonego z życia. Michał z jego towarzystwa obok swojego talerza, już nie był tak zadowolony.

A potem… zasnęliśmy zanim nasze głowy dotknęły poduszek – dosłownie. I tak, wiemy, że wielu z Was czekało na kolejny odcinek naszej wyprawy – ale nie daliśmy rady. Dziś nadrabiamy, a w zamian zostawiamy Wam te widoki, które mówią więcej niż słowa.
A jeśli czytając to wszystko, pomyśleliście “wow, ale przygoda”, to pamiętajcie – robimy to dla Michała, naszego bohatera, który walczy z nowotworem. Każdy dzień tej podróży to krok bliżej do celu. Ta podróż to coś więcej niż wakacyjna przygoda. To The Hope Tour – nasza wspólna misja, by pomóc Michałowi pokonać nowotwór. Każda wpłata to realna pomoc, każdy share zwiększa zasięg i szansę na wsparcie. Udostępnij i dołącz do naszej wyprawy serca!