Dzisiejszy dzień jakoś tak fajnie się zaczął. Wszyscy się wyspali, wstali w dobrych humorach, plan na ten dzień ładnie się spinał, pakowanie prawie samo się zrobiło, a do tego byliśmy w miejscu, które podczas zeszłorocznej wyprawy skradło nasze serca. Annecy.
Zanim opowiemy Wam o samej miejscowości, zacznijmy od wizyty w salonie Harley-Davidson Annecy, bo tam skierowaliśmy swoje pierwsze kroki. Ale ale, jeszcze zanim skończyliśmy się pakować, podszedł do nas inny podróżujący, który wraz z synem zatrzymał się w tym samym hotelu. Poprosił o możliwość zrobienia zdjęcia motocykli i – jak to zwykle bywa w takich sytuacjach – zaczęły się rozmowy o moto-marzeniach. Na koniec pstryknięliśmy sobie wspólną fotkę i w drogę do salonu. Przesympatyczny początek dnia!



A teraz salon Harley-Davidson Annecy… Myślę, że wszystkie panie byłyby bardziej niż usatysfakcjonowane wyborem odzieży i akcesoriów. To już nasza druga wizyta w tym salonie i właśnie z tego, poza świetną atmosferą, go zapamiętaliśmy – tak oryginalnej kolekcji odzieży damskiej, torebek, rękawic i wszystkiego, czego motocyklowa dziewczyna mogłaby zapragnąć, nie było w żadnym z ponad 50 salonów, które odwiedziliśmy w Europie. O ten wybór dba jedna z pań, pracująca tam od 12 lat.







A teraz będzie o Francuzach. Pokutuje jeszcze stereotyp, że są chłodni, zamknięci i niezbyt chętni do rozmów z obcokrajowcami. I wiecie co? To zupełna bzdura. Już w zeszłym roku zorientowaliśmy się, że to nieprawda, a w tym roku tylko się w tym utwierdziliśmy. Spotykamy tu samych wesołych, radosnych i otwartych ludzi, chętnych do rozmów i żartów – na każdym kroku!
Nie inaczej było w salonie Harley-Davidson Annecy, gdzie zaczęliśmy rozmowę z Christophe, do której później dołączył Alberto, jego przemiła żona, i jeszcze kilka osób z ich chapteru, Alpes Spirit Chapter Annecy. Opowiedzieliśmy o naszej drodze, o tym, że włączyliśmy się tymi kilometrami w akcję zbierania funduszy dla Michała Milczarka, chłopca z naszej wsi, aby umożliwić mu leczenie i pokonanie nowotworu.




Spędziliśmy tam cudowny czas – rozmowy, śmiech, wspólne zdjęcia… i tylko żal, że nie mogliśmy zostać dłużej. Ale obiecujemy: to nie było nasze ostatnie spotkanie!
Później ruszyliśmy do miasteczka. Annecy… ach, Annecy! To miasto, które wygląda, jakby wyrwano je z bajki. Malowniczo położone nad turkusowym jeziorem Lac d’Annecy, z kanałami wijącymi się przez starówkę, przez co zyskało przydomek „Wenecji Alp”. Kolorowe kamienice, kwiaty w oknach, drewniane mostki i zapierający dech widok na góry. Historia miasta sięga czasów rzymskich, ale swój największy rozkwit przeżyło w średniowieczu jako stolica hrabstwa Genewy. Dziś przyciąga turystów z całego świata swoim urokiem i atmosferą.






















Zazwyczaj staramy się rozsądnie odżywiać, ale dziś są imieniny Ani, więc postanowiliśmy poszaleć! Zamiast zdrowego śniadania – rozsiedliśmy się w uroczej restauracyjce z widokiem na kanał i na śniadanie wjechały naleśniki: z czekoladą, kremem orzechowym, karmelem, a nawet lodami! Był co prawda akcent zdrowotny w postaci banana, ale kto by na to zwracał uwagę, skoro zawartość cukru była taka, że endorfiny zaczęły robić salta. Z takim śniadaniem możemy dziś zdobywać szczyty – albo przynajmniej kolejny salon Harleya!



Ponieważ znów zaczęło się chmurzyć, popiliśmy ostatnie kęsy kawą i ruszyliśmy dalej. Dziś, poza jeszcze dwoma salonami, nie planowaliśmy żadnych męczących aktywności. Chcieliśmy się skupić na tym, żeby pokonać jak najwięcej kilometrów i zbliżyć się do Amiens, gdzie już na nas czekają.

W deszczu – raz ulewnym, raz symbolicznym – jechaliśmy dalej, aż dotarliśmy do Harley-Davidson Chalon Sur Saône. Kolejne fantastyczne miejsce dla miłośników tej marki. Poratowano nas pyszną kawą, nabyliśmy kolejne kolekcjonerskie poker chips i dostaliśmy limitowane wersje żetonów. Chwila przemiłej rozmowy postawiła nas znowu na nogi.





Nie mogliśmy się jednak oprzeć urokowi tego miasta. Chalon-sur-Saône to jedno z najstarszych miast Burgundii, z pięknym starym miastem, brukowanymi uliczkami, zielonymi zaułkami i rynkiem, gdzie aż chciałoby się usiąść i napisać list do przyjaciół. Albo przynajmniej pocztówkę. Albo post na fb. Aż by sie chciało żeby i u nas tak było. Przecież to możliwe! Coś nam mówi ze po powrocie damska część naszej ekipy zaszyje się w ogrodzie i zacznie upiekszanie od naszego kawałka świata.





Pogoda nas dziś nie rozpieszczała. Znów zmokliśmy, ale francuskie autostrady pozwoliły nam sprawnie jechać dalej, i tak – raz w słońcu, raz w deszczu – dotarliśmy do salonu Harley Davidson Dijon. Mimo że już praktycznie zamykali, znaleźli czas na kawę i pogaduchy. Michał wyszedł obdarowany upominkami, a my zdobyliśmy żetony do kolekcji.
Obsługa była przemiła, a przedstawiciel Chapter Contrée Des Ducs Dijon okazał się kolejną osobą, która zburzyła stereotyp „chłodnego Francuza”. Naprawdę, ilekroć myślimy, że nic nas już nie zaskoczy – spotykamy kogoś, kto udowadnia, że podróże to nie tylko miejsca, ale przede wszystkim ludzie.






No i cóż… w tym pędzie z punktu A do punktu B, ścigani przez deszcz, zapomnieliśmy o jedzeniu. A kiedy żołądki same zaczęły się upominać, byliśmy już tak głodni, że… wylądowaliśmy w restauracji pod dwoma złotymi łukami – jeśli wiecie, co mamy na myśli. Poza niezdrowym jedzeniem mieli darmowe Wi-Fi, więc skorzystaliśmy, żeby znaleźć nocleg.

Początkowo liczyliśmy, że dotrzemy do Troyes, ale ponieważ w Annecy było nam tak dobrze, że wyjechaliśmy dopiero po 12:00 – siłą rzeczy musieliśmy zacząć rozglądać się za noclegiem wcześniej. Bardzo liczyliśmy, że damy radę pojechać jeszcze godzinę na północ, ale niestety… zemściło się to. Na północ od Dijon, w promieniu około 100 km, nie było dosłownie nic. A w samym Dijon – wybór bardzo ograniczony.
Stwierdziliśmy, że to niemożliwe – przecież wszędzie naokoło widzieliśmy hotel X, hotel Y – więc, nie dowierzając Bookingowi, postanowiliśmy pójść sposobem naszych niecyfrowych rodziców: podjechać, wejść do recepcji i zdobyć klucz do pokoju. No i się przeliczyliśmy. Cztery podejścia, cztery różne hotele – wszystkie miały komplet gości. Sobota, weekend, panie.
Skruszeni wróciliśmy na Booking i wzięliśmy pierwszą w miarę dogodnie położoną opcję. Tanio nie było, luksusowo też nie, ale cóż – mamy gdzie spać, jest sucho, czysto i do autostrady blisko.



Na koniec chcemy jeszcze raz podziękować wszystkim osobom, które spotkaliśmy dziś na naszej drodze. Dziękujemy za każdą rozmowę, każdą kawę, każdy uśmiech. Wybaczcie, że nie wszystkie imiona zapamiętaliśmy – ale każdą twarz pamiętamy doskonale.
Dlaczego jedziemy? Bo wierzymy, że warto. Bo wiemy, jak ważne jest wsparcie finansowe dla Michała Milczarka, chłopca z naszej wsi, który potrzebuje leczenia, terapii i nadziei. Każdy kilometr, każdy post, każda nawet symboliczna wpłata – mają znaczenie.
Link do zbiórki: https://www.siepomaga.pl/ratujemy-michasia
Jeśli możecie – wpłaćcie. Jeśli nie możecie – udostępnijcie. A jeśli po prostu trzymacie za nas kciuki – dziękujemy!