Dzień 16: czyli o wysypce, niedotrzymanych obietnicach i widokach nie z tej ziemi.

Dzisiejszy poranek był z gatunku tych leniwych. Nic nie trzeba, a wszystko można. W apartamencie, który zabookowaliśmy (i gdzie, jak pamiętacie, właściciele okazali się cudownie elastyczni, przesuwając naszą rezerwację bez żadnych dopłat), zamówiliśmy też śniadanie — więc poza wstaniem z łóżka i ubraniem się (żeby nie przypominać tych wymemłanych i wymęczonych drogą ludzi, którzy poprzedniej nocy obudzili pół wsi), nie trzeba było robić nic.

Śniadanie zaserwowano nam w cieniu drzew, w ogrodzie, wśród cykania cykad. Na talerzu to, co z ogrodu – świeże, wygrzane w słońcu pomidory i ogórki, własnej roboty ser kozi, do tego jajka sadzone, wędlina, owoce w konfiturze… Czy czegoś nam jeszcze do szczęścia potrzeba?

Ale to, co nas naprawdę oszołomiło, to widok, którego w albańskich ciemnościach poprzedniej nocy nie dostrzegliśmy – Jezioro Ochrydzkie. Tak olbrzymie i rozległe, otoczone górami, że wyglądało wręcz nierealnie. Jakby ktoś domalował je na horyzoncie, a Photoshopowi coś nie wyszło.

Zaraz po śniadaniu zazwyczaj układamy plan dnia, ale tym razem plan ułożył się sam — Michała alergia rozlała się już do tego stopnia, że konieczna była wizyta w szpitalu. Ponieważ Adrian nadal zmaga się z jelitówką, właściciel pensjonatu, o swojsko brzmiącym imieniu Sopot, zaproponował, że nas zawiezie i – jeśli trzeba – pomoże tłumaczyć.

Szpital w Pogradec okazał się bardzo przyjazny. Gabinet alergologa był tuż przy wejściu, a ludzie czekający w kolejce… wręcz nalegali, żeby Michał wszedł przed nimi. Dwie przemiłe lekarki zaproponowały zastrzyk z hydrokortyzonu, ale Michał zdecydowanie się sprzeciwił. Stanęło na tabletkach i maści — a jeśli nie pomogą, wracamy jutro na zastrzyk.

Na koniec pytanie do lekarek: “Czy Michał może wejść do wody?”. Mina pani doktor była bezcenna: „No tak nie bardzo…”. I w tym momencie puściły wszystkie tamy. Michałowi zaszkliły się oczy, pojawił się ten dramatyczny błysk rozpaczy. Pani doktor westchnęła, zmiękła i powiedziała: „No dobrze, ale tylko raz”. Michał potraktował to bardzo dosłownie — wszedł do wody raz: około 11:00. Wyszedł… około 18:00. Bo widzicie, jak się ma wodne dziecko, to nie ma znaczenia, ile jest stopni. Jak jest woda, to się w niej siedzi. I tyle.

Ruszyliśmy w tę podróż wiedząc, że jezioro, morze, rzeka, staw czy kałuża – wszystko musi być zaliczone. Tyle wody nie było jeszcze w żadnej naszej trasie, więc dla Michała każda z nich miała być pretekstem do kąpieli. Ale… czas na posypanie głowy piaskiem z plaży, bo jednak kilku obietnic nie dotrzymaliśmy.

W Bułgarii miał być basen – ale była burza. W Rumunii wypatrzyliśmy hotel z aquaparkiem – ale nie było już miejsc. Costinesti – plaże obstawione barierkami, gotowe na wielki festiwal. Chernomorets – plaża super, ale wiatr wiał tak, że zwiewał ręczniki i ludzi. Stambuł? Rejs po Bosforze się nie liczy. Michał był oburzony. Thessaloniki – plaża Chalkidiki za daleko, a na jednym motocyklu w trójkę nie do zrobienia.

I teraz, teraz jest ten dzień, kiedy skóra palców naszego syna przypomina rodzynki sułtańskie po tygodniu w saunie, ale jego uśmiech… jego uśmiech jest jak promienie słońca tańczące na falach.

I właśnie dlatego postanowiliśmy tu zostać dłużej. Popatrzcie na te kolory, zobaczcie te widoki. Tu czas naprawdę nie istnieje. Nawet my – zapracowani nauczyciele, którzy w roku szkolnym potrafią pracować po 12–16h dziennie – tu grzecznie zwalniamy tempo i oddajemy się plażingowi.

Ale… szare komórki nie śpią. Coś nas uwierało. Ten krajobraz… taki jakby rozmyty, jak kiepskiej jakości fototapeta. Zaczęliśmy się martwić o wzrok. A może to jezioro paruje? Ale nie – tu temperatury są przyjemne, można się opalać, a człowiek nie czuje się jak ziemniak na ruszcie.

Na szczęście Sopot nas uspokoił – ta “mgiełka” to po prostu… dystans. Do drugiego brzegu jest ponad 30 km, a góry, które widzimy, mają ponad 2000 m n.p.m. i są już na terytorium Macedonii Północnej! Dawno nic nas tak nie zaskoczyło. No… może poza tym, że w centrum Salonik można zjeść steka w TGI Fridays.

Spójrzcie na zdjęcia, bo naprawdę jest na co popatrzeć.

A jeśli podoba Wam się nasza podróż i to, co robimy – przypominamy, że celem naszej wyprawy jest coś znacznie ważniejszego niż widoki i kąpiele. Jedziemy, by pomóc Michałowi – naszemu dzielnemu bohaterowi, który walczy z neuroblastomą.Każde udostępnienie posta, polubienie naszej strony Oaks’n’Wheels, każda wpłata — to realna pomoc i szansa na jego leczenie.

Link do zbiórki: https://www.siepomaga.pl/ratujemy-michasia

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *